Osobowość Roku - 2022

Nienadówka 1980 - wystawa

Foto zmiany

Losowy album


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam

Ząb Mamuta (fragmenty)


Jan B. Ożóg

Nasz Wyraz – miesięcznik literacko-artystyczny, wydawany przez Koło Polonistów Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1935–1939. Na jego łamach publikowali m.in. Ignacy Fik, Kazimierz Wyka, Jan Brzękowski, Jalu Kurek, Julian Przyboś, Gustaw Herling-Grudziński, Stanisław Czernik, Zdzisław Wróblewski. Redaktorami byli m.in. Michał Chmielowiec, Kornel Filipowicz, Helena Wielowieyska, Władysław Bodnicki. W czasopiśmie zamieszczano także reprodukcje ówczesnego malarstwa i przekłady awangardowej poezji francuskiej. Pomimo deklarowanej przez redakcję apolityczności pismo miało wyraźnie charakter lewicowy. Wykipedia

W tymże miesięczniku z 1936 roku, publikował również nasz, poeta Jan Bolesław Ożóg. Nazywali go później autentystą z Nienadówki. I tu muszę powiedzieć, że "autentycznie" wzruszył mnie ten fragment, w którym opisuje on, wieś z jego dziecięcych lat. Ja taką rzeczkę pamiętam z lat 70 tych ub. wieku, z mojego dzieciństwa. Nie pływały w niej, te tajemnicze "slize", ale pływaliśmy my, dzieci, łapaliśmy też w niej "przetakiem" karasie lub gołymi rękami, brązowe raki. Ilekroć jadę wzdłuż tego, co po nienadowskim potoku pozostało, żal mi, nieodwracalnej działalności człowieka. Dziś nikt już niczego nie szuka w nadbrzeżu, nikt też nic nie łapie, nawet wody tam płynącej dawno nikt nie dotykał. Martwa ona i nikomu życia nie dająca.

Wracając do poety i jego prozy, zastanawiam się gdzie mógłbym znaleźć całość tego utworu, czy był on w całości wydany? Fragment zaprezentowany poniżej, ukazał się w miesięczniku w roku 1936. Dobrze by było uczcić rodaka po latach milczenia, po latach, bo coś jakby teraz drgnęło, ostatnio Powiat Rzeszowski pięknie pisał o Nienadówce i o naszym rodaku ciekawie wspomniał, no to idźmy za ciosem. W Radomiu, pisałem o tym nie dawno, nazwano ulicę imieniem Jana Bolesława Ożoga, na ulicę w Nienadówce raczej rodak liczyć nie może, szkoły też mają swoich patronów, no więc? A może by tak, nazwać jego imieniem, czytelnię w Nienadówce? Przybytek to zacny i swoją historią ponad wiekową, również na godną nazwę zasługuje. Pełnią szczęścia byłoby jeszcze, zgromadzenie wszystkich dostępnych drukiem utworów naszego rodaka. Są one często dostępne za przysłowiowe grosze, tak jak "bezcenny" Słownik gwary wsi Nienadówka i okolicy w Rzeszowskiem. To byłoby chyba ciekawe przedsięwzięcie, jak sądzicie?

Jan Bolesław Ożóg

Ząb mamuta (fragmenty)


       Nienadówka tam, gdzie przecinała wieś, miała brzeg rudy i wyścielony kamieniem i żwirem. Leszek nie raz w tej rzece zbierał kamyki, Czasem były one piękne i okrąglutkie jak fasola, a niektóre przypominały z kształtu ołowiane pociski, tylko kolor miały żółty. Wiedział, że je chłopi nazywają „piorunowymi strzałkami" i wymieniał je w' szkole za kościane gwiazdki ze starego, austriackiego munduru u Józka Kołodzieja. Skądże mógł przypuścić, że to są szkielety jurajskich belemnitów? Nikt nie umiał mu wytłumaczyć, że każda taka kulka była domkiem dla bardzo dawno temu zmarłego żyjątka. Uczył się dopiero początków przyrody.

       Co wiosnę wysokie i obszarpane brzegi Nienadówki stawały się dla chłopców placem zabaw. W brzegach i na dnie strumyka w niektórych miejscach odłupywał się wyborny ił. Spłukany wodą i łupiący się łatwo ten niegdyś osad przedpotopowego, mioceńskiego morza przedstawiał w ogóle nieocenioną wartość.
powiększ zdjęcie
Kawałkami zeschłego iłu można było pisać po ścianach i płotach, nadto był to jedyny i niezastąpiony środek do mycia nóg, a więc mydło, ściślej mydło „wronie". Chłopcy zapuszczali się za „wroniem mydłem" daleko w dół rzeki, zabierali Leszka i raz udało się im odkryć gniazdo jaskółki brzegówki. Na szczęście gniazdo słało się wysoko; nic mu nie groziło. Na dnie rzeki pluskała woda po kamieniach i pomykały czarniawe śliże. Było tu bardzo miło latem.

       Jaskółka przyleciała do gniazda w rok później na Wielkanoc i zakwitanie. bzu i odleciała jesienią z „młodymi". I tak kilkakroć.

       Aż pewnego razu Leszek pożegnał odlatujące jaskółki, kolegów i brzegi niebieskiej wody i wieś i pojechał do dalekiego miasta.

** ** **

       W wielkim mieście stał duży gmach nad rzeką. Z okien wszystkich pięter dobrze było widać wstęgę zielonej wody rzuconej na wikliny. Tu uczono się greki. Okna pachniały łozą, a rzeka pluskała sentymentalnie. Iskrzyły się na brzegu kajaki i doglądał ich św. Jerzy (w pancerzu i chełmie) z niszy kościoła po-pijarskiego.

       Nikt nie miał tyle jesionowych kajaków i tak blisko do zielonej wody. Gmach obsadzony dookoła lipami przechodził z frontu w róże herbaciane, w cichy ogród. Było zaś wiadomo i nie dało się ukryć, że w czasie wojny gimnazjum zmieniono na szpital.

       W tym to „szpitalu" przy ulicy Wierzbowej zaczynała się edukacja Leszka Pluty. I znowu otoczyli go koledzy, ale już nie tacy jak we wsi. Tamci byli dzicy i polni jak kalina i kamionki z maćkowej gruszy, ci — podobni do jabłek w sadzie szkolnym. Jabłka to były rumiane i miękkie, pokryte puszkiem, słowem pańskie. Do tej jabłonki starannie pielęgnowanej w sztubie trzeba Leszkowi przyróść. Tak poprostu przyróść jakąś niewidomą szypułką i stać się jabłkiem. Powoli, powoli, Leszek oswaja się z klasą i nauką. Uczy się gramatyki polskiej, historii, geografii i śpiewu i wielu, wielu przedmiotów i czeka na to, co wrócić musi.

** ** **

       Lekcję przyrody objął Zwarzel, stare, poczciwe belfrzysko. Wykłada o ptakach i zwierzętach i na każdą godzinę przynosi na ławkę Leszka i jego kolegów wypchanego szczygła, gila, krzyżodzióba, to znowu jakieś gniazdko remiza albo skowronka, motyle i owady.

       Chodzi się czasem do gabinetu naturalnego. W szafach oszklonych poustawiane obok siebie mizdrzą się nieprawdopodobnie dziwne sprzęty, słoje, wypchane czaple, kuny, szympanse, kwiczoły, modele kwiatów i jakieś minerały: chalkopiryty, oliwiny, kwarce, antymonity - formalnie cuda! Leszek polubił ten lokal. „Godzinami całymi" potrafił podczas przerwy wpatrywać się w błyszczące kryształy. Wtedy stawała mu w oczach daleka, sina wieś i rzeka srebrna od kamyków. Ach, tam wrócić! - marzył o jaskółkach i gruszach polnych i serce mu się wiło w męce.

       A czasem profesor wykładał o tych kamieniach i lalkach szklistych i zachęcał klasę do gromadzenia minerałów. Wszystko pójdzie, zaręczał uroczyście do zbiorów, - każdy czerep.

       Chłopcy zapalili się więc do tej roboty. Chodzili nad rzekę i z kieszeniami pełnymi okruchów skalnych wracali na lekcję przyrody. A stary Zwarzel skrobał minerał scyzorykiem „polewał kwasem i z tego wynikało, że to gips, kwarzec albo wapień.

       W burzliwe dni, gdy wezbrany ulewą Wisłok podmył brzegi porozrywał groble i osadził w wielu miejscach kupy piasku, żwiru i kamieni, wtedy ludzie wychylając się z okien w deszcz, widzieli, jak profesor Zwarzel pod lipami żegna się z uczniami.

** ** **

       A potem była zima, na lekcjach przyrody wiatr w okna rzucał śnieg, smutno było. Czasem tylko ktoś przyniósł wiadomość do szkoły, że widział zająca w sadzie (— no pomyślcie, w samym środku miasta!), albo przyniósł grudkę pirytu i gipsu z kopalni.

       A potem wróciła wiosna. Leszek zaprzyjaźnił się właśnie z Gruszczyńskim. Siedzieli w jednej ławce, tym łatwiej to przyszło. Ten Gruszczyński była to dziwna figura w I klasie. Chodził zawsze z otwartą gębą, ale to jeszcze nic wobec grubych i długich warg. Najdłuższe ze wszystkich członków ciała, jakie na sobie nosił — ręce, to były ręce! Wyrobił je sobie przy struganiu i heblowaniu desek, bo ojciec był stolarzem. Cała klasa pokładała się od śmiechu, gdy Michał (tak mu było na imię) wstawał w ławce i pytał, co to za minerał. A Zwarzel uśmiechał się z lekka, oglądał podany okaz i okazywało się, ze to korek, cegła albo smoła.

       Często na wiosnę wybierali się obaj chłopcy nad rzekę i na Lisią Górę, kiedy tam tylko zakwitły czereśnie i tarnina.

       Była to już wcale radosna pora, kiedy śpiewają skowronki i wszędzie pełno kwiatów nie tylko na Lisiej Górze, ale na całym świecie i na najbardziej piaszczystych zboczach zielonego, bystrego Wisłoka. Okolica była biedna, ale teraz po przezimowaniu nad książką, nie można się było napatrzeć na jej gliniaste pola i wzgórza pokryte młodym żytkiem, na szuter nadbrzeżny i łany wikliny.

       Tak zaszli kiedyś aż do miejsca, gdzie zaczyna się przełom. Lśnił wartki i czysty nurt wody, zacienionej wierzbą i olszyną. Cudownie było tutaj, jakiś prawieczny czar (tak określał to Leszek) układał się na tych wzgórzach. Urok dziki, dawny... Żyły tu niegdyś mamuty, nosorożce, nawet tury... To sobie Leszek przypominał. To wszystko słyszeli pierwszoklasiści na godzinie przyrody. Gruszczyński przytykał teraz do nosa konwalijki, które zerwał w krzakach, usiadł na brzegu i czekał, co Leszek przyniesie. Dziwnym mu się to wydawało, że Leszek dziś zapalił się do łażenia po żwirze i szukania. Znał go przecież dobrze, choć kto wie? Zwalił się na plecy w trawę, w tym rozległo sie radosne wołanie: — Michał! Michał! Zerwał się na równe nogi. Z za wiklin wychylił się Leszek i niósł w rękach coś ciężkiego. Widać to było.

       Oglądali tylko przez sekundy. Gruszczyńskiemu trudno było uwierzyć. Zmieniony wyksztusił tylko: - Leszek.

       Nie ulegało wątpliwości. Był to prawdziwy, olbrzymi ząb mamuta. Pluta znalazł go na ławicy piasku pod kępą wikliny. Poszli jeszcze raz w to miejsce.

       - Tu leżał ten ząb - mówi Leszek i wargi mu drżą. Jest z siebie zadowolony. - Trzeba go umyć z błota. Schodzą do wody i Leszek obmywa ząb mamuta z błota.


** ** **


Tak się składa, że dla ułatwienia realizacji pomysłu uhonorowania Jana Bolesława Ożoga i zebrania jego twórczości w nienadowskiej bibliotece, może być pomocny spis utworów zamieszczony poniżej. Spis ten odnalazłem w Informatorze "Współcześni Pisarze Kielecczyzny", wydanym w 1973 roku w Radomiu. Powodzenia.



Jan Bolesław Ożóg


Poeta. Prozaik. Eseista




Urodzony 1 marca 1913 r. w Nienadówce koło Kolbuszowej. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 1935 r. stały współpracownik miesięcznika „Okolica Poetów”. W okresie okupacji w tajnym nauczaniu, od 1943 r. członek Armii Krajowej, uczestnik walk partyzanckich. W latach 1944—11951 mieszkał w Radomiu, był wykładowcą języka polskiego w szkołach średnich, m.in. przez pięć lat w Liceum im. Jana Kochanowskiego. Od 1950 r. w Krakowie, Debiutował w 1933 r. na łamach miesięcznika „Okolica Poetów”. W 1948 r. uzyskał jedną z nagród w konkursie Polskiego Radia za nowelę „Ząb mamuta”. W 1957 r. otrzymał nagrodę literacką województwa Rzeszowskiego. W 1967 r. nagrodę literacką II stopnia Ministra Kultury i Sztuki za całokształt twórczości poetyckiej ze szczególnym uwzględnieniem tomu poezji „Spokój”.
powiększ zdjęcie


Twórczość:
    „Wyjazd wnuka”. Poezje (1937).
    „Arkusz poetycki”. Poezje (1938).
    „Ogień i makolągwa”. Poezje (1939).
    „Kraj”. Poezje (Związek Zawodowy Literatów Polskich Kraków 1945).
    „Muzea wiejskie”. Szkic (Wieś 1946).
    „Jej Wielki Wóz”. Poezje (Związek Zawodowy Literatów Polskich Kraków 1947).
    „Światła planów’\ Poezje (Czytelnik 1953).
    „Anegdoty wiejskie”. Satyry (Wydawnictwo Literackie 1954).
    „Do Lądu Dobrej, Nadziei”. Poezje (Czytelnik 1956).
    „Ścigani”. Powieść (Wydawnictwo Literackie 1956).
    „Wiersze wybrane". (Państwowy Instytut Wydawniczy 1957).
    „Zielony wiatr”. Poezje (Wydawnictwo Literackie 1958).
    „Kula”. Opowieść (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1958).
    „Pani młoda”. Poezje (Wydawnictwo Literackie 1959).
    „Chustka”. Opowiadanie (Czytelnik 1959).
    „Gdzie powój woła”. Poezje (Państwowy Instytut Wydawniczy 1961).
    „Odstępca”. Opowiadania (Wydawnictwo Literackie 1962).
    „Popiół mirtowy i inne opowiadania”. (Czytelnik 1962).
    „W dzień gdy noc”. Poezje (Wydawnictwo Literackie 1963).
    „Dzikie jabłko”. Poezje (Ludowa. Spółdzielnia Wydawnicza 1964).
    „Ucieczka”. Poezje (Wydawnictwo Lubelskie 1965).
    „Poezje wybrane”. Wybór i przed. Jerzego Kwiatkowskiego (Wyd. Lit. 1965).
    „Jemioła". Poezje (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1966).
    „Spokój”. Poezje (Państwowy Instytut Wydawniczy 1967).
    „Kalectwa”. Poezje (Czytelnik 1968).
    „Mury”. Poezje (Wydawnictwo Literackie 1968).
    „Bracia”. Powieść (Wydawnictwo Łódzkie 1969).
    „Kiedy ptaki odleciały”. Opowiadania (Państwowy Instytut Wydawniczy 1969).
    „Ziemia wielkanocna”. Poezje (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1969).
    „Cienie ziemi”. Powieść (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1970).
    „Poezje wybrane”. Wstęp autora (Lud. Spółdz. Wyd. 1970 Bibl. Poetów XX W.).
    „Wyspa Barbanis”. Poezje (Wydawnictwo Literackie 1973).

przyg: Bogusław Stępień

Comments: 0

About | Privacy Policy | Sitemap | Withdraw contract
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013