Kawałkami zeschłego iłu można było pisać po ścianach i płotach, nadto był to jedyny i niezastąpiony środek do mycia nóg, a więc mydło, ściślej mydło „wronie". Chłopcy
zapuszczali się za „wroniem mydłem" daleko w dół rzeki, zabierali Leszka i raz udało się im odkryć gniazdo jaskółki brzegówki. Na szczęście gniazdo słało się wysoko; nic mu nie
groziło. Na dnie rzeki pluskała woda po kamieniach i pomykały czarniawe śliże. Było tu bardzo miło latem.
Jaskółka przyleciała do gniazda w rok później na Wielkanoc i zakwitanie. bzu i odleciała jesienią z „młodymi". I tak kilkakroć.
Aż pewnego razu Leszek pożegnał odlatujące jaskółki, kolegów i brzegi niebieskiej wody i wieś i pojechał do dalekiego miasta.
** ** **
W wielkim mieście stał duży gmach nad rzeką. Z okien wszystkich pięter dobrze było widać wstęgę zielonej wody rzuconej na wikliny. Tu uczono
się greki. Okna pachniały łozą, a rzeka pluskała sentymentalnie. Iskrzyły się na brzegu kajaki i doglądał ich św. Jerzy (w pancerzu i chełmie) z niszy kościoła
po-pijarskiego.
Nikt nie miał tyle jesionowych kajaków i tak blisko do zielonej wody. Gmach obsadzony dookoła lipami przechodził z frontu w róże herbaciane, w
cichy ogród. Było zaś wiadomo i nie dało się ukryć, że w czasie wojny gimnazjum zmieniono na szpital.
W tym to „szpitalu" przy ulicy Wierzbowej zaczynała się edukacja Leszka Pluty. I znowu otoczyli go koledzy, ale już nie tacy jak we wsi. Tamci
byli dzicy i polni jak kalina i kamionki z maćkowej gruszy, ci — podobni do jabłek w sadzie szkolnym. Jabłka to były rumiane i miękkie, pokryte puszkiem, słowem pańskie. Do tej
jabłonki starannie pielęgnowanej w sztubie trzeba Leszkowi przyróść. Tak poprostu przyróść jakąś niewidomą szypułką i stać się jabłkiem. Powoli, powoli, Leszek oswaja się z klasą
i nauką. Uczy się gramatyki polskiej, historii, geografii i śpiewu i wielu, wielu przedmiotów i czeka na to, co wrócić musi.
** ** **
Lekcję przyrody objął Zwarzel, stare, poczciwe belfrzysko. Wykłada o ptakach i zwierzętach i na każdą godzinę przynosi na ławkę Leszka i jego
kolegów wypchanego szczygła, gila, krzyżodzióba, to znowu jakieś gniazdko remiza albo skowronka, motyle i owady.
Chodzi się czasem do gabinetu naturalnego. W szafach oszklonych poustawiane obok siebie mizdrzą się nieprawdopodobnie dziwne sprzęty, słoje,
wypchane czaple, kuny, szympanse, kwiczoły, modele kwiatów i jakieś minerały: chalkopiryty, oliwiny, kwarce, antymonity - formalnie cuda! Leszek polubił ten lokal. „Godzinami
całymi" potrafił podczas przerwy wpatrywać się w błyszczące kryształy. Wtedy stawała mu w oczach daleka, sina wieś i rzeka srebrna od kamyków. Ach, tam wrócić! - marzył o
jaskółkach i gruszach polnych i serce mu się wiło w męce.
A czasem profesor wykładał o tych kamieniach i lalkach szklistych i zachęcał klasę do gromadzenia minerałów. Wszystko pójdzie, zaręczał
uroczyście do zbiorów, - każdy czerep.
Chłopcy zapalili się więc do tej roboty. Chodzili nad rzekę i z kieszeniami pełnymi okruchów skalnych wracali na lekcję przyrody. A stary
Zwarzel skrobał minerał scyzorykiem „polewał kwasem i z tego wynikało, że to gips, kwarzec albo wapień.
W burzliwe dni, gdy wezbrany ulewą Wisłok podmył brzegi porozrywał groble i osadził w wielu miejscach kupy piasku, żwiru i kamieni, wtedy
ludzie wychylając się z okien w deszcz, widzieli, jak profesor Zwarzel pod lipami żegna się z uczniami.
** ** **
A potem była zima, na lekcjach przyrody wiatr w okna rzucał śnieg, smutno było. Czasem tylko ktoś przyniósł wiadomość do szkoły, że widział
zająca w sadzie (— no pomyślcie, w samym środku miasta!), albo przyniósł grudkę pirytu i gipsu z kopalni.
A potem wróciła wiosna. Leszek zaprzyjaźnił się właśnie z Gruszczyńskim. Siedzieli w jednej ławce, tym łatwiej to przyszło. Ten Gruszczyński
była to dziwna figura w I klasie. Chodził zawsze z otwartą gębą, ale to jeszcze nic wobec grubych i długich warg. Najdłuższe ze wszystkich członków ciała, jakie na sobie nosił —
ręce, to były ręce! Wyrobił je sobie przy struganiu i heblowaniu desek, bo ojciec był stolarzem. Cała klasa pokładała się od śmiechu, gdy Michał (tak mu było na imię) wstawał w
ławce i pytał, co to za minerał. A Zwarzel uśmiechał się z lekka, oglądał podany okaz i okazywało się, ze to korek, cegła albo smoła.
Często na wiosnę wybierali się obaj chłopcy nad rzekę i na Lisią Górę, kiedy tam tylko zakwitły czereśnie i tarnina.
Była to już wcale radosna pora, kiedy śpiewają skowronki i wszędzie pełno kwiatów nie tylko na Lisiej Górze, ale na całym świecie i na
najbardziej piaszczystych zboczach zielonego, bystrego Wisłoka. Okolica była biedna, ale teraz po przezimowaniu nad książką, nie można się było napatrzeć na jej gliniaste pola i
wzgórza pokryte młodym żytkiem, na szuter nadbrzeżny i łany wikliny.
Tak zaszli kiedyś aż do miejsca, gdzie zaczyna się przełom. Lśnił wartki i czysty nurt wody, zacienionej wierzbą i olszyną. Cudownie było
tutaj, jakiś prawieczny czar (tak określał to Leszek) układał się na tych wzgórzach. Urok dziki, dawny... Żyły tu niegdyś mamuty, nosorożce, nawet tury... To sobie Leszek
przypominał. To wszystko słyszeli pierwszoklasiści na godzinie przyrody. Gruszczyński przytykał teraz do nosa konwalijki, które zerwał w krzakach, usiadł na brzegu i czekał, co
Leszek przyniesie. Dziwnym mu się to wydawało, że Leszek dziś zapalił się do łażenia po żwirze i szukania. Znał go przecież dobrze, choć kto wie? Zwalił się na plecy w trawę, w
tym rozległo sie radosne wołanie: — Michał! Michał! Zerwał się na równe nogi. Z za wiklin wychylił się Leszek i niósł w rękach coś ciężkiego. Widać to było.
Oglądali tylko przez sekundy. Gruszczyńskiemu trudno było uwierzyć. Zmieniony wyksztusił tylko: - Leszek.
Nie ulegało wątpliwości. Był to prawdziwy, olbrzymi ząb mamuta. Pluta znalazł go na ławicy piasku pod kępą wikliny. Poszli jeszcze raz w to
miejsce.
- Tu leżał ten ząb - mówi Leszek i wargi mu drżą. Jest z siebie zadowolony. - Trzeba go umyć z błota. Schodzą do wody i Leszek obmywa ząb
mamuta z błota.
|