- Z naszymi stronami jesteście związani od dawna. Macie stąd moc wspomnień. Jak się zdążyłem zorientować, Wasz obecny przyjazd ma na celu jak gdyby skonfrontować
te wspomnienia z obecnym stanem, jest to pewnego rodzaju spojrzenie wstecz z perspektywy 15-lecia, czy się, nie mylę?
- Nie. Właśnie o to mi w dużej mierze chodziło. Okres wojny spędziłem przecież w całości niemal w Nienadówce, w powiecie kolbuszowskim. Wypadało pomóc coś rodzinie
koło gospodarki, stawałem więc do roboty przy orce, przy żniwach i omłotach. przyuczałem się też trochę kowalstwa w kuźni u brata. Od czasu do czasu wyjeżdżałem do pobliskich
miast.
- W Rzeszowie wpaść można było do Stanisława Telegi na Staroniwę. Tutaj czekały jesienią doskonałe gruszki, a o każdej porze roku nowinki z frontu. Telega, który
przed wojną prezesował w krakowskim klubie literackim "Litart" - kończył teraz pisać powieść z życia młodzieży gimnazjalnej i pracę doktorską o baroku Słowackiego. Toczyliśmy
nieskończone dyskusje na tematy z literatury współczesnej, dzieląc się świeżymi nowinkami z literatury konspiracyjnej Warszawy. Dzięki kontaktom z Kazimierzem Wyką, Wojciechem
Żukrowskim i Tadeuszem Kwiatkowskim, posiadałem jakie takie rozeznanie w tym, co kto i gdzie w kraju pisze i robi.
- W tym czasie dochodziły do mnie też wieści o tajnych organizacjach. Przez dłuższy okres dobrze we znaki Niemcom dawał się oddział partyzancki Gwardii Ludowej "Iskra" walczący pod
dowództwem Stanisława Szybistego.
- Wkrótce potem wciągnięty zostałem do tajnego
nauczania. Na terenie Sokołowa, Trzebuski, Turzy i Nienadówki zorganizowałem we współ z profesorem Władysławem Winogradzkim kursy gimnazjalne. Wykłady w chłopskich
domach pochłaniały mi dużo czasu. Z końcem czerwca i początkiem lipca 1944 r. odbyły się egzaminy dla kilkudziesięciu uczniów i uczennic, a tym czasem w pogłosie dział od wschodu
zbliżał się coraz bardziej front rosyjsko-niemiecki. Rozbite przez Armię Czerwoną wojska Hitlera cofały się w popłochu szukając bezskutecznle oparcia na Bugu, a później na
Sanie.
- Te chwile na ogół każdemu z nas zostały w pamięci. Czy można poprosić o kilka szczegółów z ówczesnych wydarzeń, których byliście naocznym świadkiem?
- Pamietam np. jak 20 lipca został zdobyty przez wojska radzieckie Sokołów i nazajutrz straszliwie z bombardowany przez Luftwaffe. Oddziały AK w okręgu
kolbuszowskim prowadziły wtedy jakiś czas walkę z niedobitkami armii niemieckiej, działając na tyłach wroga. Wziąłem też udział w trzech potyczkach, w których lała się krew. W
jednej z nich stoczonej w Porębach Kupieńskich padło około 30 hitlerowców. Fakt ten miał miejsce 1 sierpnia. Z radia odebraliśmy wtedy wiadomość o wybuchu powstania w
Warszawie.
- Kiedy się wkrótce znalazłem znowu na piaszczystej drodze rodzinnej wsi, oczy moje pobiegły zaraz do afiszy z Manifestem PKWN. Rozwieszali je na wierzbach
zaopatrzeni w zielone czapki wojskowe, biało - czerwone opaski, broń i rowery, funkcjonariusze czarwonej milicji, któej posterunek pojawił się w Sokołowie w pobliżu komendy
miasta, spoczywającej w rękach sympatycznego i przystojnego majora radzieckiego.
- Treść Manifestu szokowała. Jednych niepokoiła, drugich cieszyła. Na ogół wszyscy z zadowoleniem przyjeli dekret o reformie rolnej. Nikt nie wiedział jak się ułożą
dalsze losy wojny. Front zatrzymał się nagle na Wiśle i Wisłoce, powstanie w Warszawie trwało, władze akowskie wzywały coraz mocniej do bojkotowania zarząd nowego rządu
lubelskiego.
- Czy zahaczyliście może w tym czasie także o sam Rzeszów?
- Otóż jednego pogodnego dnia, było to w sierpniu, pojechałem na rowerze do Rzeszowa i bylem tu świadkiem powitania przez miasto, które awansowało tymczasem na
siedzibę województwa, oddziałów Wojska Polskiego. Na balkonie ratusza widziałem wśród witających starego chłopskiego działacza rewolucyjnego, z pobliskiego Budziwoja i kilku
innych znajomych. Oddział wojska był nieduży, chyba pluton, ale miał ze sobą dętą orkiestrę, która zagrała hymn "Jeszcze Polska nie zginęła. Twarze żołnierzy zmęczone - natomiast
entuzjazm zgromadzonych na rynku tłumów nie do opisania. Rzucano na mundury bukiety dalii i astrów.
- Był to okres robienia planów na przyszłość, każdy szukał swojego miejsca w nowej rzeczywistości. Co postanowiliście wtedy robić?
- No, cóż, nadchodził wrzesień, a to miesiąc, w którym zaczyna się zawsze nowy rok szkolny. Ówczesny minister oświaty dr Skrzeszewski rozwinął ogromną energię przy
uruchamianiu szkolnictwa. Społeczeństwo w kraju, pozbawionym przez okupanta szkół średnich, przyszło mu żywiołowo z pomocą.
- Pamiętam wiec dla nauczycielstwa w Rzeszowie, na którym minister porwał swoją patriotyczną postawą tysiące nauczycieli do wskrzeszenia gimnazjów i liceów. Pamiętam
przyjechałem furmanką w delegacji z prof. Winogrodzkim, aby prosić o zezwolenie na otwarcie gimnazjum w Sokołowie. Minister nie pytał o podanie, sprawę załatwił bezceremonialnie
jednym słowem "zakładać"! -uradowany, że powstaje nowa szkoła w środowisku, gdzie do niedawna nie śmiał o niej nikt nawet marzyć.
- Powstanie takich nowych placówek szkolnych, jak gimnazjum w Sokołowie wytłumaczyć sobie należy dużą na ogół ilością ukrywającej się przed hitlerowcami na głębokiej
prowincji inteligencji i trudnościami aprowizacyjnymi, wskutek czego łatwiej w tych czasach można było utrzymać personel nauczycielski dalej od większego miasta. Zaangażowałem się
bardzo silnie w organizowaniu gimnazjum w Sokołowie, choć nie wszystkie czynności związane z tym należały do przyjemności. Koniec końców naznaczono wpisy, zmontowano pomieszczenie
dla uczelni i z dniem 9 września rozpoczęła się nauka w czterech klasach. Wśród wykładowców znalazło się trzech filologów, dwu inżynierów i nawet jeden profesor
uniwersytetu.
- Tej pamiętnej jesieni Rzeszów stał się hotelem dla wielu artystów, głównie malarzy i aktorów, którzy czekali na pochód wojsk radzieckich na zachód. Nowa ofensywa
otworzyć miała im gościnne bramy Krakowa, Katowic i Wrocławia.
- We wrześniu tak w Lublinie jak i Rzeszowie zaczęły się pojawiać pierwsze drukowane biuletyny z frontu, a potem dzienniki.
- W tym czasie kwitło już w Rzeszowie dość ożywione życie kulturalne. Przyczyniała się do tego obecność wielu artystów, którzy znaleźli się tu przejazdem i samo
społeczeństwo lgnęło bardzo zwłaszcza do teatru. Do jednych ze szezególnie udanych imprez należał podobno ,,Wieczór poezji", zorganizowany zdaje się w połowie
września...
- Odbył się on dokładnie 17 września. Sala byla nabita. Zagail go Franciszek Lipiński, trochę malarz i trochę poeta. Potem zabrzmiał Polonez As - dur Chopina w
wykonaniu ob. Majerowiczowej oraz nastąpiły recytacje wierszy patriotycznych i wojennych Staffa, Jasnorzewskiej Pawlikowskiej, Czechowicza, Przybosia, Pasternaka, Gałczyńskiego,
Balińskiego, Frasika, Pietrkiewicza. Recytowano też moje wiersze. Po raz pierwszy talentem inscenizacyjnym zabłysnął wtedy znakomity dziś aktor i reżyser Kazimierz Dejmek, który
ukończył w czasie wojny w Rzeszowie na tajnych kompletach szkołę aktorską. Recytował on wspaniale wiersze Gałczyńskiego, a także i moje.
- Oprócz wierszy w recytacji artystów publiczność rzeszowska usłyszała wówczas kilka, wierszy moich, także w moim własnym wykonaniu. Po imprezie, którą przerywała
widownia wybuchami płaczu i burzą oklasków, uczułem, że ktoś łapie mnie za ramię i wita po nazwisku. Okazało się, że na ten poetycki festyn przyjechał specjalnie samolotem z
Lublina wybitny krytyk literacki Ryszard Matuszewski.
- Matuszewski mówił mi o próbach zogniskowania pracy pisarzy w dziele budowania nowego ustroju, wspominał pisarzy, którzy już zdeklarowali się i zjechali do Lublina.
Wymieniał nazwiska Jastruna, Piętaka i innych. Pytał mnie wreszcie, co piszę i co zamierzam robić...
- O ile dobrze wiem to wówczas staliście jeszcze dość daleko od ideologli socjalistycznej. Dla szeregu twórców z okresu przedwojennego był to czas wielkiej próby,
poważnych zmagań z samym sobą...
- Powiem szczerze, że nie podzielałem od razu entuzjazmu takich ludzi, jak Matuszewski i inni. Nie wiedziałem jak to wszystko w praktyce będzie wyglądać. Miałem
sympatię dla idei, ale od razu otwarcie deklarować się po stronie socjalizmu co tu dużo gadać trochę się bałem.
- Brak zdecydowania, jeśli chodzi o poglądy polityczne, różne wahania i opory wyłaziły ze mnie w rozmowach z Przybosiem, z którym zetknąłem się wkrótce w Rzeszowie, i
z którym spotykałem się często w gmachu Wojewódzkiej Rady Narodowej. Przyboś, stary socjalista został zamianowany w Rzeszowie naczelnikiem Wydziału Kultury województwa. Odniósł
się do mnie bardzo serdecznie, zachęcał mnie do porzucenia zawodu nauczycielskiego i oddania się wyłącznie literaturze, którą traktował jako jeden z najważniejszych oręży walki o
socjalizm. Byłem jednym pierwszych czytelników zbiorku jego wierszy wojennych, który pod tytułem "Póki my żyjemy" miał w ciągu najbliższym ukazać się drukiem w Lublinie wraz z
tomikami Jastruna i Putramenta. Przyboś rewanżował się, czytając nawzajem rękopisy moich wierszy. O ile się nie mylę już w październiku przeniósł się do Lublina, gdzie powierzono
mu ważne zadania.
- Niedługo potem wyjechaliście również - tylko do Krakowa, gdzie przejawiacie do dziś ożywioną działalność literacką. W nawale pracy znajdujecie jednak czas, aby
odwiedzać nasze strony...
- Najbliższa przyszłość pokazała mi jak początkowo bardzo się myliłem. Sądziłem, jak wielu wtedy, że Berlin zostanie zajęty przez Amerykanów, a od zachodu wkroczą
do Polski wojska Andersa. Przekonanie to wynikało z mojej dezorientacji politycznej...
- W drugiej fazie ofensywy, która nastąpiła w styczniu następnego roku, Armia Radziecka rozbiła opór Niemców i w szybkim tempie zostały zdobyte Warszawa, Kraków,
Poznań i Katowice.
- W lutym spotkałem się w Krakowie z Przybosiem już w zupełnie odmiennej sytuacji politycznej i literackiej. Przyboś był wtedy posłem i kierownikiem działu poezji w
,,Odrodzeniu". Kraków stał się olbrzymim obozowiskiem pisarzy i artystów, którzy zwalili się tu ze spalonej Warszawy i z całego kraju. Przyjęto wtedy do druku kilka moich wierszy.
Pierwsze z nich ukazały się w 15 numerze ,,Odrodzenia" z 11 marca 1945 r.
- A później to już wiadomo... Praca bez przerwy... Zacząłem brać coraz żywszy udział w życiu literackim i społecznym. Wiele rzeczy zrozumiałem, do wielu się
przekonałem. Niektórzy może łatwiej brali życie takie jakie ono jest - u mnie to trwało dłużej, proces był bardziej skomplikowany, przeżywałem głębiej, ale za to dzisiaj jestem
związany mocniej z tym wszystkim co się u nas dzieje. Gdy m. in. przyjeżdżam do woj. rzeszowskiego i widzę te szalone zmiany coraz to na lepsze to ogarnia mnie wielka radość i
poczucie pewności, że weszliśmy na jedynie słuszną drogę.
|