niektórzy oficerowie zachowywali się wobec ludności cywilnej haniebnie - rabowali okoliczne wsie, zabierając m.in. młode źrebięta. Michał, gdy nadarzała się okazja, oddawał je
prawowitym właścicielom, tłumacząc później, że „uciekły”. Za to „niesubordynowane” zachowanie został skazany na trzy miesiące karnej służby.
Nie mogąc pogodzić się z tą niesprawiedliwością, już pierwszej nocy postanowił uciec. Udało mu się wsiąść do pociągu do Lidy, lecz widząc w nim wielu żołnierzy i oficerów,
przestraszył się, że zostanie aresztowany za dezercję. Wysiadł i dalszą drogę do Nienadówki pokonał pieszo. Po trzech miesiącach, 1 listopada, dotarł do domu.
Rodzina, dowiedziawszy się o jego ucieczce, bardzo się przeraziła. Brat Wojciech, świadomy, że za dezercję grozi kara śmierci, namawiał go do zgłoszenia się do dowództwa w
Rzeszowie. Michał posłuchał rady po dwóch tygodniach. Miał szczęście - kazano mu wrócić na front. Obawiał się, że to jedynie odroczenie wyroku, lecz podobnych uciekinierów było
więcej.
Następnego dnia stanęli do raportu. Dowódca oddziału, ślepy na jedno oko, rozpoznał Michała i zapytał: - „Co tu robisz, synu?” Po wysłuchaniu wyjaśnień okazało się, że
wyższe dowództwo nie wiedziało o rabunkach. Michał wrócił do swojej kompanii, nie ponosząc kary.
|