Osobowość Roku - 2022

Nienadówka 1980 - wystawa

Foto zmiany

Losowy album


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam

Josef i Ryfka Kraut


Kraut Josef (ur. 1887) i Ryfka
Jedną z żydowskich rodzin zapamiętanych przez pana Stanisława Maziarza - sąsiada tej rodziny - była rodzina Krautów. Mieszkali oni w Nienadówce Górnej, niedaleko domu Klingerów, pod numerem 266. Głową rodziny był Josef Kraut (ur. 1887), z zawodu kupiec, co potwierdzają dawne dzienniki szkolne. Jego żona miała na imię Ryfka. Wspólnie wychowywali pięciu synów:
  • Kraut Herman - ur. 22.06.1912 roku

  • Kraut Menasche - ur. 25.02.1923 roku

  • Kraut Rubin - ur. 03.12.1924 roku

  • Kraut Schoel - ur. 04.02.1927 roku

  • Kraut Mojżesz - brak daty urodzin

Gdy Herman miał około trzech lat, wybuchła I wojna światowa. Wiele rodzin straciło wtedy swoich bliskich. Josef Kraut został wcielony do wojska i wysłany na front wschodni. Pod koniec 1915 roku dostał się do niewoli rosyjskiej. W Listach strat z 28 stycznia 1916 r. (pozycja nr 23) figuruje zapis: Kraut Josef, ur. 1887, Galizien, Kolbuszowa, Nienadówka; jeniec wojenny, Moskwa, Rosja. Z niewoli nie wrócił szybko - nie znamy dokładnej daty jego powrotu, ale dopiero jedenaście lat po urodzeniu Hermana, w 1923 roku, pojawiło się kolejne dziecko, co może sugerować, że Josef powrócił dopiero w drugiej połowie lat 20.

Rodzina Krautów zajmowała się rolnictwem, a sam Josef dodatkowo trudnił się skupem cieląt i
powiększ zdjęcie
handlem mięsem. Na ich posesji, być może w specjalnym pomieszczeniu, odbywały się co sobotę spotkania miejscowej społeczności żydowskiej - modlitwy oraz inne ważne wydarzenia. W dniu szabatu, który w tradycji żydowskiej oznacza czas odpoczynku, nie podejmowano żadnych prac - domowe obowiązki, jak np. rozpalanie w piecu, powierzano polskiemu sąsiadowi Ludwikowi Wilkowi.

Rodzina Krautów mieszkała w Nienadówce aż do czasu wywózek do getta - najprawdopodobniej w Rzeszowie lub Sokołowie. Według relacji sąsiadów, z całej rodziny ocalał tylko syn Rubin. Nie wiadomo, czy został pominięty w akcji wysiedleńczej, czy też uciekł z getta. Po wyzwoleniu pojawił się jeszcze raz w Nienadówce, odwiedził sąsiadów, ale szybko wyjechał w nieznanym kierunku. Okazało się, że udał się do Stanów Zjednoczonych. Dwa miesiące po przybyciu do USA przesłał list i zdjęcie do przedwojennego sąsiada, Bartłomieja Maziarza. Tam spotkał kogoś z rodziny Zaporów z Nienadówki i przekazał mu - prawdopodobnie w formie sprzedaży - ojcowiznę. Ostatecznym właścicielem gospodarstwa Krautów został Marcin Zapora.

Z biegiem czasu okazało się jednak, że ludzka pamięć bywa zawodna. W rzeczywistości z rodziny Josefa i Ryfki Krautów wojnę przeżyło nie jeden, lecz dwóch synów: Herman i Menasche. To Menasche został mylnie zapamiętany jako Rubin - to on przeżył Auschwitz i wyemigrował do Nowego Jorku. Opowieść o jego spotkaniu z mieszkańcem Nienadówki oraz sprzedaży rodzinnego majątku jest prawdziwa.

powiększ zdjęcie
powiększ zdjęcie

Z kolei Herman Kraut został powołany do wojska jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Jego losy wiodły przez niewolę sowiecką, armię Andersa, walki pod Monte Cassino, aż do Szkocji. Ostatecznie osiadł na stałe w Kanadzie. Po latach jego syn i wnuk - choć już tylko wirtualnie - powrócili do „Swojej Małej Ojczyzny - Nienadówki”.



Ocaleni potomkowie
Nazywam się Eyal Kraut. Poprzez mojego kuzyna trafiłem na Twoją imponującą stronę internetową. Jesteśmy rodziną Krautów, opisaną przez Ciebie w artykule „Żydzi w Nienadówce”. Moim dziadkiem był Herman Kraut, urodzony 22 czerwca 1912 roku, a Josef i Ryfka Kraut byli moimi pradziadkami. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co udało Ci się zebrać na temat historii miejscowości - musiało to wymagać wielkiego wysiłku.


Moja rodzina była poruszona, gdy odkryliśmy, że możemy przeczytać historię tej małej wsi w internecie, i że również nasza rodzina została tam wspomniana. Kilka lat temu byłem w Krakowie - zachwycił mnie Kazimierz i jego żydowskie dziedzictwo. Myślałem o odwiedzeniu Nienadówki, ale wtedy uświadomiłem sobie, że nie wiem, czego miałbym tam szukać ani z kim porozmawiać.
Gdy otrzymałem powyższą wiadomość, byłem trochę zaskoczony, ale nie do końca zdziwiony - historia ocalonej dziewczynki „Diny”, zwanej Marysią, pokazała wcześniej, że osoby opisywane w ramach cyklu „Żydzi w Nienadówce” mogą się jeszcze odezwać i podzielić się swoimi trudnymi losami. Tak było i tym razem. Eyal Kraut napisał do mnie, korygując informację zamieszczoną na stronie, gdzie błędnie podano: „Z całej rodziny uratował się tylko trzeci w kolejności syn, Rubin.”

Okazało się, że ta relacja była nieprawdziwa.

Rodzina Josefa i Ryfki Krautów - pradziadków Eyala - nie została całkowicie zgładzona. W kolejnym e-mailu Eyal pisał:

Z przyjemnością informuję, że z rodziny Josefa i Ryfki Krautów przeżyło wojnę dwóch synów. Drugim - obok mojego dziadka Hermana - był jego brat Menasche. Uważam, że to właśnie Menasche, a nie Rubin, spotkał się po wojnie z sąsiadem Marcinem Zaporą i to on sprzedał rodzinny majątek. Rubin nie przeżył wojny - żadnemu z pozostałych braci mojego dziadka się to nie udało.

Menasche Kraut, urodzony 25 lutego 1923 roku, przeżył obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau, a po wyzwoleniu wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie pracował w fabryce odzieży. Miał dwoje dzieci, które założyły własne rodziny i odniosły sukces zawodowy. Menasche zmarł w 2011 roku.


Eyal przyznał, że zna tylko ogólny zarys tej odległej historii. Jego dziadek, Herman Kraut, w chwili wybuchu wojny w 1939 roku służył w Wojsku Polskim. Po 17 września trafił do niewoli sowieckiej. Po podpisaniu porozumienia między ZSRR a Wielką Brytanią i utworzeniu Polskich Sił Zbrojnych na Wschodzie, Herman ponownie wstąpił do wojska. Został przetransportowany do Iranu, a następnie walczył w szeregach armii gen. Władysława Andersa, m.in. pod Monte Cassino w maju 1944 roku, gdzie odniósł ranę w lewe przedramię. Po bitwie został przeniesiony na rekonwalescencję do Glasgow w Szkocji. Tam poznał swoją przyszłą żonę - Mary, babcię Eyala. Mary urodziła się w Glasgow w żydowskiej rodzinie, której korzenie sięgały Rosji. Po wojnie Herman i Mary wyemigrowali razem do Kanady.

Kanada nie była przypadkowym wyborem - już w maju 1939 roku do tego kraju wyjechali wujowie, ciotki i kuzyni Hermana z Nienadówki. Była to najprawdopodobniej ostatnia szansa na opuszczenie Polski przed wojną. Krautowie, którzy wówczas wyemigrowali, to m.in. kupiec Jakub i jego żona Chaja, zamieszkali niegdyś w domu nr 563. Ich emigrację do Kanady w roku 1939, szczegółowo przedstawiłem przy okazji artykułu o przyjaźni z przed lat, dóch dziewczynek - Stasi i Blimci z Nienadówki. Drugą rodziną była rodzina Berila i Toby. Na stronie pojawia się osoba opisana jako Berek Kraut - z dużym prawdopodobieństwem chodzi właśnie o Berila.

Zestawienie faktów i dokumentów pozwala na dalsze powiązania. W materiałach dotyczących Kasy Stefczyka z 1939 roku wspomniany jest Berek Kraml, od którego instytucja zakupiła parcelę z zabudowaniami. Nazwiska Kraut i Kraml, pisane ręcznie, mogły po latach zostać błędnie odczytane - tym bardziej, że pamięć ludzka jest zawodna.

W rozmowach z Eyalem podzieliłem się także historią rodziny Gielarowskiego Bartłomieja i Marciniec Karoliny z Trzebuski. Wspominani są tam m.in. Mojżesz Kraut i Mejlech z Nienadówki. Odpowiedź Eyala przyniosła kolejną wstrząsającą historię:

Dziękujemy za przesłanie tego artykułu. To bardzo poruszająca historia i prawdziwy cud, że ktokolwiek przeżył. Właściwie nie wiem, kim był Mojżesz Kraut, ale zakładam, że jesteśmy spokrewnieni. Mój dziadek Herman niechętnie opowiadał o swoim życiu w Polsce, więc wiemy bardzo niewiele. Dla Twojej wiadomości - wujek, ciotka i kuzyni mojego dziadka zostali uratowani przez „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”. Siostra Ryfki Kraut i jej rodzina - dwoje rodziców i troje dzieci - byli przez ponad rok ukrywani we wsi Markowa. Jeden z synów tej rodziny opisał później ich historię. Wszyscy szczęśliwie przeżyli i po wojnie wyemigrowali do Kanady. Byli jedynymi Żydami z tej miejscowości, którym udało się przetrwać.

Rodzina z Markowej, o której wspomina Eyal, to rodzina siostry Ryfki Kraut z domu Rubenfeld. Ryfka pochodziła z Markowej, ale po ślubie z Josefem zamieszkała w Nienadówce. Jej siostra Eta wyszła za mąż za zamożnego Żyda - Riesenbacha. Ich dramatyczne losy opisał syn Joe w relacji zatytułowanej „Historia przetrwania rodziny Riesenbach”. Zamieściłem ją na stronie i szczerze polecam jej lekturę - zarówno ze względu na heroizm rodziny Józefa i Julii Bar, która ich ukrywała, jak i przejmujący obraz nienawiści, z jaką musieli się mierzyć.

Do naszej korespondencji dołączył również ojciec Eyala:

Nazywam się Allen Kraut. Jestem jedynym synem Hermana (Herszela) Krauta. Eyal to mój syn. Z zainteresowaniem przeczytałem Twoją korespondencję. Niestety, mój ojciec bardzo rzadko mówił o swoim życiu w Polsce. Przesyłam Ci jedyne zdjęcie mojego ojca zrobione w Palestynie w 1942 roku, kiedy stacjonował tam z Armią Andersa.

Herman Kraut (wskazany strzałką)

Pamiątka
pierwszego plutonu
kompania 4
batalion 8
brygada 3
Palestyna
12/9 1942


Głos potomków: rodzina Krautów.


Wszystkie rodziny Kraut, które przed wojną wyemigrowały z Nienadówki do Kanady, zajmowały się tam hodowlą bydła. Z czasem, kolejne pokolenia przenosiły się do miast, podejmując pracę w różnych przedsiębiorstwach, kształcąc się i zdobywając nowe zawody.

Jestem lekarzem, specjalizuję się w chorobach wewnętrznych i medycynie pracy. Mam czworo dzieci. Mój syn Eyal również jest lekarzem, jego specjalizacja to endokrynologia. To moje osobiste podsumowanie naszej rodzinnej historii. Niestety, nie posiadamy żadnych zdjęć ani dokumentów z Nienadówki. Zauważyłem jednak na stronie internetowej informację o numerze domu, w którym mieszkali moi dziadkowie Josef i Ryfka Kraut (nr 266, Nienadówka Górna). Zastanawiam się - czy ten dom jeszcze istnieje? Czy pozostało cokolwiek na tej ziemi sprzed 80 lat? To moje podsumowanie tej historii. Niestety nie mamy żadnych zdjęć ani dokumentów z Nienadowki. Zauważyłem, że na stronie jest numer domu, w którym mieszkali Josef i Ryfka Kraut (266, Nienadowka Górna) - czy jest tam jeszcze nasz dom ? Co pozostało tam na tej ziemi sprzed 80 lat ? Wątpię, żeby cokolwiek przetrwało z związane z naszą rodziną, ale jeżeli, to bylibyśmy bardzo zainteresowany jakąkolwiek pamiątką z miejsca urodzenia naszego dziadka i ojca Kraut Hermana, który zmarł w 1980 roku.

Wątpię, by cokolwiek materialnego przetrwało związanego bezpośrednio z naszą rodziną, ale gdyby tak było - bylibyśmy bardzo zainteresowani każdą pamiątką z miejsca urodzenia naszego dziadka i ojca, Hermana Krauta, który zmarł w 1980 roku.


Trudno było mi odmówić takiej prośbie, ale jedyne, co mogłem wówczas uczynić, to przesłać rodzinie Krautów link do widoku dawnego placu rodzinnego w Google Maps. Czy to możliwe, że cokolwiek z tego miejsca przetrwało - coś, co mogłoby przynieść im choć odrobinę wzruszenia i radości?

Jeszcze raz bardzo dziękujemy za przesłanie linków do widoków ulic. To wszystko jest dla nas niezwykle interesujące - nawet jeśli dostępne informacje są ograniczone. Nie dziwi mnie, że dom się zmienił, ani że obecni właściciele nie znają naszej historii. Dziękuję za zainteresowanie i życzliwość - tak wielu ludzi tego dziś nie robi.

Obecnie mieszkam w innym mieście niż moi rodzice, ale być może posiadają jakieś stare zdjęcia - będziemy szukać, choć to zrozumiałe, że niewiele rzeczy przetrwało drogę z Polski do Kanady.

Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby można było zaktualizować stronę i dodać do niej te informacje - jako część historii naszej rodziny.

Allen Kraut - Eyal Kraut


(na podstawie korespondencji e-mailowej, opracował Bogusław Stępień)






Markowa

Historia przetrwania rodziny Riesenbach


Joe Reisenbach
(Pod redakcją Ruth Riesenbach,
ilustracje i przypisy: Ron Riesenbach)


Urodziłem się 8 maja 1929 r. W małej wsi Markowa w Polsce. Wieś składała się głównie z ubogich rolników, w których mieszkało około 25 rodzin żydowskich, łącznie około 150 Żydów. Nasza rodzina składała się z sześciu osób: ojca, matki, babci, mnie i dwóch młodszych sióstr. Byliśmy dość zamożni, jak na ówczesne standardy. Moi rodzice byli zaangażowani w kilka małych firm. Mieliśmy małe gospodarstwo o powierzchni około 20 hektarów. Mieszkaliśmy w dużym domu, do którego przylegał magazyn. Mój ojciec w miesiącach zimowych zajmował się hodowlą, a wiosną i latem skupował owoce z sadów. Moja mama i babcia prowadziły sklep z artykułami spożywczymi, tkaninami i produktami chemicznymi.

Dzieci ze szkoły żydowskiej w Markowej ok. 1936 r.

 Dzieci zapamiętane przez Jennie Riesenbach (28 sierpnia 2004)

 3. Pesha Globenfeld
 4. Sora (or Layka) Zeilig
 9. Yossel (Joe) Riesenbach
10. Dovid Baum (lub Baumel)
11. Jenya (Jennie) Riesenbach
12. Mania Zeilig
14. Itka Globenfeld
17. Mania (Marion) Riesenbach

Od kiedy miałem osiem lat, zajmowałem się domem i gospodarstwem. Podczas gdy moi rodzice pracowali, miałem przygotowywać posiłki dla siebie i moich dwóch sióstr, karmić i sprzątać zwierzęta oraz ogólnie dbać o dom. Jeden pokój w domu przeznaczono na synagogę, a inne rodziny żydowskie przychodziły tam modlić się w szabat i święta. W tym pomieszczeniu znajdował się zwój Tory i święte pisma. Ja chodziłem do szkoły tylko przez cztery lata, bo kiedy Niemcy zajęli naszą wioskę, Żydom nie wolno było chodzić do szkoły.

Dom Riesenbachów w Markowej sfotografowany w latach 50 tych.


Moje wspomnienia ze szkoły nie należą do przyjemnych. Moi koledzy i niektórzy nauczyciele byli dyskryminowani na tle religijnym. Chociaż byłem dobrym uczniem, często byłem nękany przez nauczycieli i uczniów, ponieważ byłem Żydem, gdy wybuchła wojna 1 września 1939 r., Miałem dziesięć lat. Pamiętam niemieckie samoloty latające nad głowami i strzelające dookoła. Polscy żołnierze pieszo ukrywali się przed samolotami. Po zajęciu naszej wsi przez Niemców rozpoczął się prawdziwy antysemityzm. Jacyś odlegli sąsiedzi spalili nasz magazyn.

W latach 1939-1942 do naszego domu przybywał kilka różnych grup Niemców. Pierwsza grupa, która przyjechała, była w biurze, w której spędzili kilka tygodni i pozwolili nam pozostać w domu. Traktowali nas przyzwoicie, wychodząc na front rosyjski rozstali się ze łzami w oku, bo wiedzieli, co ich czeka na froncie rosyjskim; drugą grupą byli gestapowcy. Maltretowali nas i pozostali około czterech tygodni. Trzecia grupa to S.S. Byli bardzo szorstcy i zmuszali nas do pracy dla nich. Moja mama i siostry musiały gotować i sprzątać, a ja i mój ojciec musieliśmy czyścić ich sprzęt i buty.

W miesiącach zimowych mój ojciec, ja i inni mieszkańcy wioski byliśmy zmuszeni odgarniać śnieg z szos. Aby dostać się do szosy, musieliśmy przejść długą drogę, ponieważ nie zapewniono transportu ani jedzenia. Od momentu wkroczenia Niemców do naszej wioski byliśmy zmuszeni oddawać nasz dobytek, jak futra, koce i kosztowności. Późną wiosną lub wczesnym latem 1942 roku nasza wolność się skończyła. Pewnego popołudnia dwóch polskich policjantów, którzy przyjaźnili się z moim ojcem, przyszło nas ostrzec, abyśmy natychmiast wyjechali ze wsi, ponieważ otrzymali od Niemców rozkaz, aby schwytać wszystkich Żydów we wsi. Natychmiast opuściliśmy nasz dom i pobiegliśmy na pola, żeby się ukryć. Zostawiliśmy wszystko, co posiadaliśmy, mieliśmy tylko ubrania, które nosiliśmy. Jedyne, co zabraliśmy ze sobą, to zwój Tory. Przez dwa miesiące ukrywaliśmy się na polach i żyliśmy z pól. Jedliśmy wszystko, co mogliśmy tam znaleźć, na przykład marchewkę, ziemniaki i rzepę.

Lokalizacja Domu Riesenbacha w Markowej, wg wspomnień Joe Riesenbacha.


W ciągu dnia leżeliśmy po polach kukurydzy i ziemniaków. W nocy moja mama poszła szukać bezpiecznej kryjówki. Zwróciła się do kilku rodzin, które nas znały, ale żadna nie była skłonna nas przyjąć. W końcu znalazła chętnych zabrać nas na krótki czas. Nikt nie spodziewał się, że wojna potrwa dłużej niż kilka miesięcy.

Nazwisko rodziny, która nas chroniła, brzmiało „Bar”. Składała się z ojca, matki i 19-letniej córki. Obiecaliśmy dać im wszystko, co posiadaliśmy po zakończeniu wojny. Ich dom był typowym polskim gospodarstwem rolnym, ze słomianym dachem, jak widać na zdjęciu. Byli to ciężko pracujący ludzie, którzy ledwo utrzymywali się ze swojego małego gospodarstwa. Gospodyni była drobną kobietą, która była pobożną chrześcijanką. Nasze szczęście polegało na tym, że wierzyła w przeznaczenie - że cokolwiek się dzieje, jest wolą Boga. Ich życie było w takim samym stopniu jak nasze. Byliśmy u nich dwa lata i pięć dni. Podczas gdy my byliśmy w ukryciu, gospodarz Bar usłyszał o innych rodzinach, które ukrywały Żydów i zostały odkryte. Wszyscy zostali rozstrzelani przez Niemców, cała rodzina wraz z ukrywanymi żydami.

Gospodarz Bar bardzo martwił się o nasze bezpieczeństwo, a także bezpieczeństwo swojej rodziny. Zbudował bunkier w piwnicy ziemnej i przykrył go ziemniakami, abyśmy mogli się w nim schować, gdyby pojawiły się oznaki niebezpieczeństwa. Przechowaliśmy się na zimnym, nieogrzewanym strychu i bunkrze w ziemnej piwnicy, którą zbudował gospodarz Bar.

Podczas naszego ukrywania się mieliśmy dwie niebezpieczne chwile. Pewnego niedzielnego poranka gospodarze poszli jak zwykle do kościoła, ksiądz oznajmił z ambony, że dwie rodziny żydowskie muszą się gdzieś ukrywać. Wezwał wiernych do tworzenia grup i przeszukiwania każdego domu. Gospodarz Bar przybiegł do domu i szybko kazał nam się udać do bunkra w piwnicy, żeby się ukryć. W ciągu dwóch godzin usłyszeliśmy wściekłe szczekanie psów. Rozległo się pukanie do drzwi, gospodarz Bar otworzył je i głośno przywitał czterech gości. Słyszeliśmy tę rozmowę: „ukrywacie jakichś Żydów ?" Na co on odpowiedział: „wejdźcie zobaczyć na własne oczy”. Rozejrzeli się po izbach, a potem poprosili o pokazanie piwnicy. Bar otworzył zapadnię i zszedł pierwszy. Po jednej stronie piwnicy znajdował się stos ziemniaków, a po drugiej stos paszy. Przy schodach była półka, na której stały butelki domowej roboty bimbru. Schodząc po schodach, gospodarz celowo próbował ich rozproszyć i donośnym głosem opowiedał im o pędzeniu trunku według nowego przepisu. To zainteresowało przybyszów, nawiązali rozmowę, która trwała około dwóch minut, potem wyszli z piwnicy. Gdybu któreś z nas wydało jakiś dźwięk, kichnięcie lub kaszel, zostalibyśmy odkryci.

Drugie niebezpieczne zdarzenie ostrzeżenie miejsce 1 kwietnia 1944 r. Barowie pracowali w polu. Pozwalali nam schodzić ze strychu do izby, gdy byli poza domem, moglismy wtedy rozprostować nasze ciała. Nagle usłyszeliśmy szczekanie psów. Mój ojciec wyjrzał zza zasłony i zobaczył kilku mężczyzn zbliżających się do domu z karabinami. Nie mieliśmy czasu się schować, więc wszyscy położyliśmy się na podłodze przy ścianie, żeby nas nie było widać. Słyszeliśmy głosy za drzwiami, ale widząc, że nikogo nie ma w domu, odeszli.

Joe i Ruth odwiedzający grób Julii i Józefa Bar, wrzesień 2000.
Joe wypowiedział tylko jedno słowo… „Dziekuje”.


Wiosną 1944 r., wyzwoliły nas wojska rosyjskie. Wróciliśmy do domu, ale po kilku miesiącach ponownie wypędzili nas miejscowi Polacy. Opuściliśmy Markową i uciekliśmy do miasta o nazwie Rzeszów, które było odlgłe o około 35 km. W Rzeszowie działała organizacja żydowska, skupiająca Żydów opuszczających Polskę. W ciągu kilku dni miejscowa ludność zaczęła plotkować o przebywających w budynku Żydach. Wybuchły zamieszki, otoczyli budynek i zaczęli nam grozić. W sprawę zaangażowała się polska milicja, która otoczyła budynek, ale nie próbowała nas chronić. Wiadomość dotarła do rosyjskich żołnierzy, którzy byli w mieście, przyjechali ciężarówkami i rozproszyli tłum. Wkrótce potem wsadzili nas wszystkich do pociągu jadącego do kolejnego dużego miasta, Krakowa, gdzie czekałą na nas organizacja żydowska, która miała nam pomóc w przedostaniu się do Austrii.

Jadąc pociągiem pomiędzy Rzeszowem a Krakowem, mijaliśmy kolejne miasto, Tarnów, tam pociąg został zatrzymany przez dwóch policjantów. Kazali wszystkim wysiąść z pociągu i umieścili nas na ogrodzonym terenie. Na terenie tym stała chałupa. Wybrali młodą dziewczynę w wieku około 20 lat i zabrali ją tam. Słyszeliśmy krzyki dochodzące z wnętrza chaty. Po około dwudziestu minutach wyszła z płaczem i zdenerwowana. Można sobie wyobrazić, co się tam wydarzyło. Była bardzo histeryczna i polski policjant krzyknął na nią, żeby przestała płakać. Kiedy ta nie przestała - strzelił do niej. To wywołało panikę w naszej grupie, szybko wsadzili nas z powrotem do pociągu i pozwolili kontynuować podróż do Krakowa.

W Krakowie przebywaliśmy około tygodnia, aż przyszedł przewodnik z organizacji żydowskiej, który towarzyszył nam przez resztę drogi do Austrii. Naszym środkiem transportu były otwarte wagony towarowe do załadunku węgla, w których musieliśmy siedzieć, bez zadaszenia, wystawieni na działanie żywiołu.

Przejeżdżaliśmy przez Czechosłowację, gdzie zatrzymali nas strażnicy graniczni, wyciągnęli nas z pociągu i zdezynfekowali. Dalej były Węgry, gdzie musieliśmy czekać na dworcu kilka dni, aż w następnym pociągu będą wolne miejsca. Potem była Rumunia, tam umieszczono nas w pustym domu, bez mebli i okien. Spaliśmy na zimnej podłodze i pozostawaliśmy tam przez wiele tygodni. W międzyczasie straciliśmy przewodnika i musieliśmy iść dalej samodzielnie. Nim przekroczyliśmy granicę rumuńsko - austriacką, przekraczaliśmy rzeki, górskie lasy - wszystko pieszo, bez paszportów i dokumentów. Mijaliśmy wielu strażników granicznych, i w końcu dotarliśmy do Austrii na stację kolejową, z której rozwozili nas po kraju, przebywaliśmy w różnych obozach dla przesiedleńców (DP), aż do ostatecznego celu podróży, do miasta zwanego Lintz. Tam przebywaliśmy ponad dwa lata, w końcu znaleźliśmy w Kanadzie krewnego, który opłacił nam dalszą podróż.

Obóz DP w Bindermichel, Austria, około 1947 r


Przybyłem do Kanady 10 października 1948 r., statkiem do miasta Quebec. Pocałowałem ziemię, gdy dotarłem do Kanady. Wiedziałem, że w końcu znalazłem się w wolnym kraju. Początkowo pracowałem na różnych stanowiskach, ostatecznie zająłem się biznesem. Po kilku latach ożeniłem się, wychowałem trójkę dzieci i jestem szczęśliwy, odkąd przyjechałem do tego cudownego kraju. Mniej więcej rok temu obchodziłem 50. rocznicę mojego przyjazdu tutaj i świętowałem w moim domu, razem ze wszystkimi moimi przyjaciółmi i rodziną. Mam teraz pięcioro wnucząt, z których jestem bardzo dumny i nie mogę się doczekać następnych wielu lat spędzonych w tej złotej krainie. Z Bożą pomocą mam nadzieję, że nadal będąc wolontariuszem będę poświęcał swój czas na szczytne cele, takie jak ten.

Ale jedna rzecz niepokoi mnie od wielu lat. Zawsze zastanawiałem się, co stało się z innymi rodzinami żydowskimi z naszej wsi i okolic, w tym z oddalonym o 7 km Łańcucie, w którym znajdowała się spora społeczność żydowska. Niedawno znalazłem odpowiedź na to pytanie. Kilka miesięcy temu planowałem wyjazd do Polski z żoną i innymi członkami rodziny. Poprzez kontakt z biurem podróży otrzymałem kilka arkuszy informacji o Polsce, w tym jeden o Łańcucie. Arkusz informacyjny opisywał wydarzenia, które miały miejsce po zajęciu miasta przez Niemców 19 września 1939 r. Podpalono synagogę, a Żydów z Łańcuta wypędzono 22 września 1939 r. Większość z nich została wysłana na terytorium ZSRR, inni zaś zostali wysiedleni i rozproszeni na terytorium okupowanym przez Niemców. Tych, którzy pozostali, wyłapano razem z tymi z okolicznych wsi, w tym mojej Markowej. 1 sierpnia 1942 r., wywieziono ich do miejscowości Pełkinia, około 20 km od Markowej, gdzie znajdował się obóz przejściowy. Starców, chorych, dzieci rozstrzeliwano w obozie lub w oddalonym o około 5 km lesie. Pozostali zostali wywiezieni do getta w Sieniawie 17 września 1942 r. W maju 1943 r., getto w Sieniawie zostało zlikwidowane, a jego więźniowie, w tym resztki społeczności Łańcuta, zostali zamordowani na miejscowym cmentarzu. O ile wiem, ja i moja rodzina jesteśmy jedynymi, którzy przeżyli z całej okolicy.


Kilka stron z wiązanych z tą historią.

przyg: Bogusław Stępień


About | Privacy Policy | Sitemap | Withdraw contract
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013