Osobowość Roku - 2022

Nienadówka 1980 - wystawa

Foto zmiany

Losowy album


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam

Junacy z Nienadówki


Powszechna Organizacja „Służba Polsce”
Powszechna Organizacja „Służba Polsce” (SP) była państwową organizacją paramilitarną powołaną 25 lutego 1948 r. Przeznaczona była dla młodzieży w wieku od 16 do 21 lat. Jej utworzenie wynikało z ustawy z dnia 25 lutego 1948 r. o powszechnym obowiązku przysposobienia zawodowego, wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego młodzieży oraz o organizacji spraw kultury fizycznej i sportu.

Artykuł 1 tej ustawy wprowadzał obowiązek powszechnego przysposobienia zawodowego, wychowania fizycznego i wojskowego młodego pokolenia.

Celem było - jak podkreślano w ówczesnym języku urzędowym - włączenie twórczego zapału młodzieży
do pracy nad rozwojem sił i bogactwa Narodu, a także rozszerzenie systemu wychowania narodowego poprzez przedłużenie kształcenia i wychowania poza okres obowiązku szkolnego.

Dla bezpośredniego kierownictwa tym procesem powołano organizację „Służba Polsce”, która w praktyce łączyła elementy pracy przymusowej, szkolenia zawodowego oraz wychowania o charakterze wojskowym i ideologicznym. Młodzież kierowano do prac przy odbudowie kraju - m.in. na budowy, do kopalń, przy regulacji rzek czy w gospodarstwach rolnych.

Czym w rzeczywistości była ta służba i jak trafili do niej młodzi mieszkańcy Nienadówki? Odpowiedzi na te pytania przynoszą relacje byłych junaków SP, zamieszczone poniżej.

Oprócz nazwisk autorów wspomnień zamieszczam również wskazane przez nich nazwiska innych członków „Służby Polsce” z Nienadówki, aby możliwie pełnie udokumentować udział miejscowej młodzieży w tej organizacji.


Władysława Maziarz (Nawłoka)
Janina Rzemień (Bełz)
Anna Piela (Dziadosz)
Ludwik Szczygieł
Ludwik Bełz
Jan Surowiec
Roman Prucnal
Franciszek Bełz



Emilia Chorzępę (Chmiel)
Zofia Bernat (Dziadosz)
Stanisława Tasior (Ożóg)
Helena Motyl
Stefania Gielarowska
Emilia Ożóg
Julia Kołodziej
Zofia Nawłoka
Eugeniusz Pikor
Stanisław Tatara
Augustyn Lichota








Władysława Maziarz (Nawłoka)
powiększ zdjęcie Miałam wtedy 16 lat - był to rok 1951. Otrzymałam wezwanie do odbycia służby w junakach SP. Z Nienadówki zabrano nas wówczas - nie jestem pewna dokładnej liczby - około dziewięciu osób. Nie pamiętam nazwisk wszystkich dziewczyn, które ze mną jechały, ale pamiętam Emilię Chorzępę (Chmiel), Zofię Bernat (Dziadosz), Stanisławę Tasior (Ożóg), Helenę Motyl, Stefanię Gielarowską, Emilię Ożóg, Julię Kołodziej oraz Zofię Nawłoka.

Do Kolbuszowej zawiózł nas furmanką Jan Motyl. Stamtąd samochodami pojechałyśmy do Rzeszowa na stację PKP, a następnie pociągiem do miejscowości Długie koło Szprotawy, w okolicach Zielonej Góry. Zakwaterowano nas w poniemieckim pałacu. Było tam około 300
dziewczyn. Przebywałyśmy od września do listopada - pamiętam, że na święta Bożego Narodzenia byłam już w domu.


Pracowałyśmy w polu - najpierw przy kopaniu ziemniaków, później przy wykopkach buraków cukrowych. Pobudka była wcześnie rano, po śniadaniu o godzinie 7 byłyśmy już w polu. Około godziny 11 miałyśmy przerwę - przywożono nam wtedy drugie śniadanie: dwie kanapki ze smalcem oraz czarną kawę zbożową. Około godziny 16 kończyłyśmy pracę. Po powrocie do pałacu powiększ zdjęcie
otrzymywałyśmy obiad. Jedzenie było dobre, było dużo mięsa - niektóre z nas przez te kilka miesięcy nawet przytyły.

Za dobrą pracę dwie dziewczyny - Julia Kołodziej i Zofia Nawłoka - zostały nagrodzone. Raz w tygodniu wożono nas do łaźni w Szprotawie.

Odbywały się także ćwiczenia oraz - kilkakrotnie - nocne alarmy. Bardzo ich nie lubiłyśmy, bo przerywały nasz nocny odpoczynek, a przecież rano trzeba było wstawać do pracy.

Podczas wykopków buraków pogoda była już typowo jesienna, zdarzały się nawet przymrozki. Otrzymałyśmy wprawdzie ubrania robocze - drelichy i kufajki - ale na głowę tylko cienkie, trójkątne, białe chustki, które nie chroniły dostatecznie przed zimnem. W czasie pracy w polu przeziębiłam okolice twarzy i trafiłam do szpitala w Szprotawie. Po wyjściu ze szpitala przebywałam jeszcze w izbie chorych w naszym pałacu. Po wyzdrowieniu wróciłam do pracy.

W wolnym czasie wożono nas do kina. Ja byłam tam tylko raz - miałam 16 lat i byłam najmłodsza, dlatego nie zawsze chciano mnie zabierać, co bardzo mnie złościło.

Pod koniec naszego pobytu zapytałyśmy przełożonych, czy otrzymamy wynagrodzenie za pracę. Odpowiedziano nam, że nie. Dowiedziałam się również, że mój pobyt w szpitalu był dla nich kosztowny. Opłaconą miałyśmy jedynie podróż - nic poza tym.



strzałka do góry




Janina Rzemień (Bełz)
powiększ zdjęcie Był rok 1950, byłam panną i pracowałam wówczas w Rzeszowie. Otrzymywałam kolejne zawiadomienia informujące, że zostałam powołana do Junaków - „Służby Polsce”.

Musiałam wyjechać. W pracy udzielono mi urlopu na czas odbywania służby. Zostałam skierowana do PGR-u w Tarnawie, w województwie wrocławskim.

Był to okres żniw - lipiec-sierpień. Pracowaliśmy przy zbiorach. Zboże kosiły snopowiązałki, a my, junacy, zwoziliśmy snopki i ustawialiśmy je w stogi. Później na polu odbywały się omłoty. Pracowaliśmy również przy wykopkach.

Nasz dzień miał ustalony porządek: rano pobudka, następnie ćwiczenia, śniadanie i po śniadaniu wyjście w pole. Obiad otrzymywaliśmy już na
miejscu pracy. Traktowano nas dobrze, choć obowiązywał rygor wojskowy.

Nikt z Nienadówki nie przebywał tam ze mną, ponieważ zostałam skierowana bezpośrednio z miejsca pracy w Rzeszowie. Do PGR-u oraz w drogę powrotną jechaliśmy pociągiem. Za wykonaną pracę nie otrzymywaliśmy wynagrodzenia - zapewnione było jedynie wyżywienie i bezpłatny przejazd.

strzałka do góry




Anna Piela (Dziadosz) ur. w 1935 roku.
powiększ zdjęcie Dostałam kilka wezwań, aby stawić się w Kolbuszowej. Ostatecznie pojechałam po którymś z kolei wezwaniu - było to w maju 1953 roku. Od razu zabrano mnie oraz moją koleżankę, Helenę Chorzępę, do Rzeszowa, a stamtąd pociągiem wyjechałyśmy na zachód, do miejscowości Budziwój koło Legnicy.

Zakwaterowano nas w dużym budynku -
prawdopodobnie był to jakiś pałac - z bardzo wieloma pokojami. Przebywałam tam dwa miesiące. Pracowałyśmy w PGR-ze, w polu: przy sadzeniu ziemniaków i kapusty oraz przy pieleniu jarzyn.

Pracowałyśmy sześć dni w tygodniu, przy czym w soboty krócej. W soboty chodziłyśmy do łaźni, czasami wywożono nas do kina na film. W niedzielę osoby chętne mogły jechać do kościoła. Na miejsce pracy i do miasta wożono nas przyczepami ciągnikowymi.

Wyżywienie było znakomite. Kucharki bardzo dobrze gotowały, a nawet uwzględniały nasze życzenia, jeśli miałyśmy na coś ochotę. Bardzo zżyłyśmy się z okoliczną ludnością, która nas polubiła. W dniu naszego wyjazdu wiele osób płakało - nam również łzy kręciły się w oczach.

A muszę wspomnieć jeszcze historię ze stonką. Jak nie miałyśmy co robić to kazano nam zbierać stonkę w ziemniakach. Po powrocie do domu zobaczyłam ludzi szukających stonki w ziemniakach, za zebraną stonkę była wyznaczona nagroda. Gdybym ja wcześniej o tym wiedziała to nawiozłabym mnóstwo stonki z zachodu i zgarnęła bym na pewno nagrodę.

strzałka do góry




Ludwik Szczygieł
Pan Ludwik Szczygieł w okresie swojej służby był mieszkańcem Trzebuski, później wieloletnim nauczycielem i dyrektorem SP nr.2 w Nienadówce Górnej. Jest również autorem kroniki tejże szkoły.

Był rok 1950, pamiętam dokładnie bo zdałem wtedy maturę. Pewnego dnia dostałem wezwanie, abym stawił się na posterunku milicji w Sokołowie, razem ze mną wezwanie dostał mój znajomy z Trzebuski, Baran i Stawiarski z Sokołowa. Ja i Baran stawiliśmy się, Stawiarski nie, widocznie wiedział co nas czeka.

Na posterunku poinformowano Nas, że jesteśmy wytypowani do pracy w Służbie Polsce i zaraz wyjeżdżamy. Dobrze że mój tata dał mi trochę pieniędzy kiedy wychodziłem z domu.

Załadowano Nas na samochód do przewozu towarów (ciężarówka z budą) i zawieziono do Kolbuszowej. Z Kolbuszowej zabrano jeszcze około 20 osób i zawieziono na stacje PKP do Rzeszowa. Tam wsiedliśmy do wagonów towarowych i jechaliśmy na zachód. Nikt nie poinformował Nas dokąd jedziemy.

Minęliśmy Kraków, Katowice, jechaliśmy w kierunku Poznania. Dobrze, że miałem parę groszy to podczas postojów na stacjach, kupowałem jedzenie. Dzieliłem się nim z moim kolegą z Trzebuski, Baranem, który nie miał przy sobie ani grosza.

Kierowaliśmy się w stronę Szczecina, ale po drodze pociąg się zatrzymał, ale to nie był koniec podróży. Okazało się, że nie mieliśmy jechać do Szczecina, tylko w okolice Szczecinka. Przesiedliśmy się do pociągu osobowego i Nim dojechaliśmy do Szczecinka.

Było Nas około stu.. Tam czekaliśmy na dalszy transport. Około 3 w nocy przyjechały ciągniki z przyczepami, nimi zawieziono nas do miejscowości Czarne, a stamtąd do celu. Majątek Sokole (dworek poniemiecki). Tam dostaliśmy trochę kiepskiej zupy, później kazali nam rozbić sobie namioty.

Tak zaczęła się moja służba, odtąd mieliśmy tam pracować przy żniwach. Jednak okazało się, że zboże było jeszcze niedojrzałe, wykonywaliśmy więc różne inne prace. Woziliśmy mąkę, plewiliśmy buraki i każde inne prace polowe, które były w tym czasie.

Żniwa zaczęły się około 15 lipca. Do koszenia zbóż używano snopowiązałek. My junacy zwoziliśmy zboże z pola i układaliśmy je w sterty. Potem pod te sterty podjeżdżała maszyna do omłotu i zboże było młócone.

Swoją przygodę w Służbie Polsce zakończyłem 21 sierpnia. Żniwa się jeszcze nie skończyły, bo na polu został owies, który był jeszcze niedojrzały.



strzałka do góry




Ludwik Bełz
powiększ zdjęcie Był to rok 1953, okres wakacyjny. Byłem wówczas uczniem liceum w Sokołowie Małopolskim.

Do pracy w Służbie Polsce zostałem skierowany przez swoją szkołę. Pociągiem wyjechałem aż na Pojezierze. Trafiłem do PGR-u w Jagoczanach, w powiecie węgorzewskim.

Moja służba trwała od 1 sierpnia do 25 sierpnia. Był to czas żniw. Zboże kosiły snopowiązałki. My składaliśmy snopki w kopki, aby wyschły, następnie zwoziliśmy je na sterty. Pod stertę podciągano maszynę do omłotu i pracowaliśmy przy omłotach.

Mieszkaliśmy w dużym pałacu - w jednej jego części spaliśmy my, drugą zajmował zarząd PGRu.

Na pole i z powrotem wożono nas przyczepami ciągnikowymi. Obiad otrzymywaliśmy bezpośrednio w polu. Traktowano nas dobrze.

Zapamiętałem jedną szczególną sytuację. PGR, w którym pracowaliśmy, sąsiadował z pasem granicznym z ZSRR. Gdy nie było pracy w polu, pilnowaliśmy krów na pastwisku. Pewnego razu zwierzęta weszły na pas graniczny, co wywołało niemałą aferę - krowy zostały ostrzelane przez rosyjskich pograniczników.

W junakach pracowałem bez wynagrodzenia. Państwo opłacało jedynie wyżywienie i podróż. Razem ze mną przebywał tam Jan Surowiec, mieszkaniec Nienadówki.
strzałka do góry




Jan Surowiec
powiększ zdjęcie Był marzec 1952 roku. Tydzień po rozmowie z dyrektorem szkoły funkcjonariusze UB zabrali ucznia Jana Surowca prosto z ławki szkolnej. Został przewieziony do Kolbuszowej, gdzie znajdował się punkt zborny dla takich jak on. Przywieziono tam również kilku chłopaków z Jasła i Kolbuszowej.
Wszystkich ubrano w wojskowe buty i szynele bez pasa, a na głowy włożono rogatywki bez orzełka. Następnie przewieziono ich do Rzeszowa na stację kolejową, skąd pociągiem wyruszyli w kierunku Olsztyna. Jan Surowiec wraz z innymi trafił do powiatu węgorzewskiego. Umieszczono ich w pałacu zajmowanym przez zarząd PGR-u w Jagoczanach.

Jan Surowiec został przydzielony do pracy przy udoju krów oraz transporcie mleka do mleczarni. Pracował tam kilka miesięcy, a do domu wrócił 15 sierpnia.

Przymusowy i nagły wyjazd do pracy na „ziemie odzyskane” przerwał jego edukację. Powodem skierowania był brak zaliczenia egzaminu z matematyki, bez którego nie mógł ukończyć klasy drugiej. Mając w perspektywie egzamin poprawkowy, po zakończeniu roku szkolnego - w lipcu 1953 roku - zgłosił się na ochotnika do SP (Służba Polsce).

1 sierpnia ponownie trafił dokładnie w to samo miejsce co rok wcześniej - do PGR-u w Jagoczanach. Niestety nie mógł z nikim rozmawiać o wcześniejszych wydarzeniach. Tym razem skierowano go do pracy przy omłotach. Razem z nim przebywali tam Ludwik Bełz z Nienadówki oraz Tadeusz Drab z sąsiedniej wsi Trzebosi.
strzałka do góry




Roman Prucnal
powiększ zdjęcie Zostałem powołany do służby w junakach SP, jednak - w przeciwieństwie do innych - nie musiałem wyjeżdżać poza rodzinne strony. Pracowałem wyłącznie w okolicach Nienadówki.

Wykorzystywano nas głównie do kopania rowów odwadniających wzdłuż dróg. W ten sposób pracowałem przez trzy lata, w latach 1949-1952, każdorazowo po kilka tygodni w roku.

Nasza grupa liczyła około 20-30 osób. Pracami kierował Zbigniew Marciniak z Sokołowa, a nadzór sprawował drogomistrz (dróżnik), którego nazwiska niestety nie pamiętam.
strzałka do góry




Franciszek Bełz
Wezwanie do Junaków otrzymałem w sierpniu 1949 lub 1950 roku. Zostałem skierowany – na okres trzech miesięcy – do ochotniczej pracy przy budowie Nowej Huty.

Na punkt zborny miałem zgłosić się w Rzeszowie, na dworcu PKP. Stamtąd pojechaliśmy pociągiem do Krakowa, a następnie do Pleszowa. Zostałem przydzielony do 42 Brygady SP.

Zakwaterowano nas w dużych, wojskowych namiotach. Do pracy wychodziliśmy plutonami. Pracowaliśmy przy budowie Nowej Huty - była to ciężka i niebezpieczna praca, jak to na budowie. Między innymi wykonywaliśmy wykopy pod kanalizację. Koparka mogła kopać do głębokości 2 metrów, lecz na pagórkowatym terenie, aby utrzymać odpowiedni poziom, należało pogłębiać je ręcznie - często nawet do 5 metrów. To było nasze zadanie.

Inną bardzo niebezpieczną pracą było opuszczanie do wykopów betonowych kręgów. Miały one ogromną średnicę - jestem wysokiego wzrostu, a mogłem do nich wejść bez schylania się. Pracowałem także przy budowie zapory dla elektrowni wodnej powstającej na rzece Wiśle. Teren, na którym prowadzono tę budowę, nazywano wówczas Kujawami. Zajmowaliśmy się również rozładunkiem materiałów budowlanych, cementu i innych surowców.

Pracowaliśmy w godzinach od 7.00 do 14.00. W czasie pracy otrzymywaliśmy drugie śniadanie. Obiad jedliśmy po powrocie do obozu, lecz trzeba było na niego zapracować. Jeśli wykonaliśmy co najmniej 100% wyznaczonej normy, a majster potwierdził jej realizację, przysługiwał nam obiad. Jeżeli norma nie została wykonana, zamiast obiadu odbywała się musztra wojskowa - obowiązywał bowiem rygor wojskowy. Jedzenie było dobre.

Po obiedzie odbywały się ćwiczenia i inne zajęcia, między innymi sprzątanie. Pracowaliśmy bez wynagrodzenia. Był to z naszej strony wysiłek dla budowy Ojczyzny. Nasze pokolenie wniosło ogromny wkład w odbudowę kraju zniszczonego wojną. Dla mnie i dla wielu podobnych mi osób jest bardzo bolesne, że dziś mało kto o tym wspomina, a to, co wspólnie budowaliśmy, bywa wyprzedawane za marne, często pieniądze.

Wraz ze mną z Nienadówki byli: Eugeniusz Pikor, Stanisław Tatara oraz Augustyn Lichota. Do domu wróciłem w listopadzie.

powiększ zdjęcie powiększ zdjęcie
strzałka do góry


wspomnienia notowała: Ela Motyl
opracował: Bogusław Stępień


About | Privacy Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013