Stefania Gielarowska około 1934 r., mając 16 lat, wyjechała do Francji w poszukiwaniu pracy, podobno Gielarowscy mieli tam jakąś rodzinę.
Z przygotowań wyjazdu Stefanii do Francji w rodzinie przetrwała opowieść przekazana przez jej siostrę Annę. Bieda i brak perspektyw w Nienadówce powodował emigrację w latach
30.tych, młodych ludzi ze wsi. Podobnie było i ze Stefanią. Za radą i ogromną pomocą zdecydowała się na wyjazd, a nie była to łatwa i tania decyzja. Jej przybrana mama Maria
Bernat z d. Tama, zaciągnęła pożyczkę u gospodarza Ziemniaka, by swojej pasierbicy zapłacić za podróż, kupić jej ubranie, buty, nie były to chyba małe wydatki. Gospodarz Ziemniak
zgodził się dać pieniądze za "odrobek", a dług miała odrobić siostra Stefanii, Anna. Zgodzono ją, by pracowała u gospodarza na gopodarce przez cały rok. Sam gospodarz Ziemniak
doszedł chyba do wniosku, że była to niesprawiedliwość dla tej młodej dziewczyny, na koniec służby, Anna dostała w podzięce od gospodani, piękną i nie tanią turecką chustkę,
przywiezioną z Francji. Wdzięczna za to poświęcenie i wychowanie, Stefania w każdym liście dziękowała przybranym rodzicom i swojej siostrze za wychowanie i ogromne poświęcenie się
dla niej.
Po zajęciu Francji przez Niemcy w 1940 r. okupanci planowali wywózkę wszystkich Polaków na roboty przymusowe. Gdy wyznaczono termin odbioru robotników, w tym Stefanii, dzień
wcześniej udała się do pobliskiego sanktuarium. Padła na ziemię i błagała Boga o ocalenie. Jak później wspominała, wydarzył się cud: Niemcy zrezygnowali z wywózki Polaków.
W tym czasie starała się przez Czerwony Krzyż o emigrację do USA. Przebywały tam dwie jej dalsze krewne "ciotki" - zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego.
|