- Nieraz odzywała się we mnie chęć zobaczenia na własne oczy, jak się tam faktycznie ludziom wiedzie, ale zawsze odradzano mi, twierdząc, że narażę się tylko na
wstyd. Po prostu nie ma tam co widzieć, tylko piasek, piasek jeszcze raz piasek.
- Ciekawość silniejsza jest niż wstyd. Korzystając tego lata z gościny u miłych krewnych, wybrałem się jednej niedzieli w czas posuchy lipcowej do Huciska. Szwagier
pożyczył mi rower, do teczki wziąłem kawałek chleba - i w drogę!
- Do Huciska jedzie się na zachód. Oczywiście droga zła. Koła zaraz za wsią grzęsną w piasku, że ani ich wyciągnąć. Ścieżkami jechać lepiej, ale tu znowu pod kołami
trzaskają suche szyszki świerkowe i korzenie drzew. Im bliżej byłem celu, tym więcej widziałem w lesie starych bab cierpliwie zbierających do koszyków borowinę. Po kilku godzinach
błądzenia, mokry od potu, docieram wreszcie do pól Huciska. Na prawo i lewo prostokąty żytka, czasem kilka zagonów ziemniaków o wyschłych kwiatach, jakieś stajko łubinu. Biedny
łubinek, kwitnie jeszcze na tej spalnonej ziemi, ale taki malutki jak rumianek. Nie widziałem nigdzie kapusty.
- Dobrnąłem do zagrody jakiegoś chłopa. Gospodarz wyłazi ze stodoły rozespany, bo święto. Chciał się przespać, jutro zacznie żniwa.
- Pierwsze moje słowa: - Mógłbym prosić garnuszek wody?
- Owszem, dostałem wody. Pyszna, zimna jak lód, z głębokiej studni. Podają mi wodę jak lekarstwo, bo nie w każdej zagrodzie jest studnia, do źródła trudno się
dokopać. Pytałem chłopa o powodzenie.
- Panie powiada bieda aż piszczy. Chleba żytniego brak, mleka także, bo krowy nie uchowa, nie ma łąk i paszy, ledwie jakiś tam ogon koło stajni łazi.
- Zgaduje, żem nietutejszy, mimo to nie krępuje się.
- Kino objazdowe bywa u was? napieram na niego.
- Otwiera oczy ze zdumienia. Nie wie co to jest.
- Zajeżdża kto do wsi z władz?
- Nikt. Tylko w czasie wojny byli raz esesowcy, duży oddział. Przyjechali spacyfikować wieś, bo w tutejszych lasach po domach ukrywali się partyzanci. Zginęły
wtedy 34 osoby. Niemcy spalili aż 16 gospodarstw, a wszystkich jest nie więcej jak 60. Był to sądny dzień. Przydarzyła się potem także bitwa z partyzantami pod Trzebuską. Poległo
kilku partyzantów z Huciska.
- Co to były za oddziały?
- Przed wojną istniała u nas organizacja "Wici". Prowodyr wiciowy z niedalekiej Stobierny, Staszek Szybisty, pociągną wiciarzy do oddziału partyzanckiego Gwardii
Ludowej. On to dowodził grupą wojskową w czasie bitwy z Niemcami.
- Mój rozmówca mówił o walkach z ożywieniem. Wie nawet, że Szybisty przerzucił się potem pod Kraków, gdzie zajmował wysokie stanowisko w sztabie AL, dopóki nie
wpadł w ręce hitlerowców.
- Znam tę historię bardzo dobrze, ale teraz gdy słuchałem opowieści naocznego świadka tych wypadków, zadumałem się głęboko. Czy kto uwierzyłby, jaki olbrzymi wysiłek
dali z siebie ludzie z tych pustek, nie żałując krwi i życia, byle tylko ta niewdzięczna macosza ziemia była wolna?
- Mały synek gospodarza Adaś prowadził mnie do przedstawiciela władzy miejscowej, Józefa Grochali. Pełni on funkcję pełnomocnika GRN, której siedziba mieści się w
Przewrotnem, oddalonym o 5 km.
- Mijaliśmy skromne zagrody. Przyznam się, że drewniane domy, z pięknie rzeźbionymi gankami ogródkami malw mile mnie zaskoczyły. Można sobie wyobrazić, ile wysiłku i
wyrzeczeń, dziesięćkroć oczywiście większych niż gdzie indziej wkłada się tutaj, aby dom stanął pod wiechą.
- Tu i ówdzie widziałem ogrody z drzewami wiśniowymi. Czerwone jagody dojrzewają właśnie. Czekają na nie łakome ręce dzieci, które włóczą się po zapłotkach. Jeszcze
kilka domów, jeszcze po drodze jakaś stara jak świat posiekana piorunami dzika grusza, to znów krzak leszczyny - i jesteśmy na miejscu.
- Na podwórcu pełnomocnika kupa kamieni wyoranych w polu, jakieś opale, kawały granitu z świetlistą miką, grudy diabazu. Domek skromny. Zamiast podłogi, gliniane
klepisko. Na ścianach oleodruki - jak pod Krakowem - papierowe malowanki z deseniami kwiatów i zajęcy. Zajęcy pełno po polach tutaj chodzi, mocno się wrosły, jak widać, w
wyobraźnię domorosłych artystów, którymi są przeważnie dziewczęta.
- Obywatel Grochala, młody, przystojny mężczyzna, siedział nago przy stole, w pływkach jedynie na biodrach, bo upał panuje okropny wypełniał kwity kilku klientom,
którzy przynieśli mu koszyki z borówkami.
- Okazuje się, że w domu u Grochali jest punkt skupu borówek.
- Pytam się, co to takiego.
- Widać - uśmiecha się Grochala, że pan nie zna naszych możliwości. To nasz sezon teraz. Kto żyw wychodzi w lasy i zbiera jagody. Ciężka to robota, ale za każdy
koszyk trzykilowy płaci się 18 zł.
- Daje to dochód? - pytam.
- Rodziny od rana do nocy siedzą w lesie z koszykami. Do głównego punktu skupu w Zielonce odwożę codziennie średnio od 300 do 400 koszyków.
- Ile wiec jedna rodzina może zarobić na dzień?
- Do 100 złotych. Sezon trwa na ogół ponad 3 tygodnie, można więc zarobić w każdym domu do 2.000 zł.
- Sąsiednie wioski zarabiają na truskawkach wtrącam po cichu.
- Wiem, tanim kosztem na hodowli truskawek zarobić można za jeden tydzień 20 tysięcy, niestety u nas ziemi na truskawki nie ma. To jest 5 i 6 klasa gleby. Zresztą
samochody nie dojadą z żadnego miasta.
- Daleko - pytam - do Sokołowa?
- Do Sokołowa 8 km, do Głogowa 12.
- I to po takich piachach?
- Po takich piachach. Tu ani motocykl, ani taksówka nie dojedzie. To przekleństwo ten piach!
- I jak wy tu możecie wytrzymać?
- Jakoś siedzimy. Ale młodzież ucieka. Około 130 ludzi wyjechało na zachód. Pracują po fabrykach.
- Duży to procent?
- Można przecież obliczyć. Grochala wszystko ma w głowie. Liczy z pamięci na głos, wymieniając nazwiska mieszkańców po kolei z jednego końca wsi do drugiego.
Powtarzają się nazwiska: Rzepka, Miazga, Rumak, Dzióbek, Dec, Paduch...
- Wszystkich ludzi u nas - konkluduje jest 400. Wyemigrowała po prostu więcej jak jedna czwarta ogółu chłopstwa.
- ODETCHNĄŁEM z ulgą.
- Nie, myślę sobie, przecież jednak nie brak tutaj rozsądnych głów. Co robić na tych piaskach sakramenckich? Kiedy szedłem potem do szkoły, g dzie według informacji
Grochali, odbywać się miało zebranie, rozmyślałem nad siłą przywiązania do ziemi całego starszego pokolenia. Bądź co bądź trzy czwarte ludzi gniecie się tu, bieduje, zaciska pasa,
ale nie ruszy się nigdzie.
- Szkoła w Hucisku to nieduży, drewniany barak. Dwie izby mają starczyć aż siedmiu klasom szkolnym. Czy to nie za mało dla tutejszych dzieci? Nie chciałem
przeszkadzać zebranym w szkole radnym gromadzkim. Pięciu mężczyzn w różnym wieku i licho ubranych siedziało nad mapami i księgami hipotecznymi, sięgającymi czasów cesarza
Franciszka Józefa I, susząc sobie głowę nad problemem, jak według tych danych obliczyć na bieżący rok dostawy dla państwa i podatki. Toczą się tu podobno codziennie długie spory i
dyskusje. Gospodarze przychodzą targować się o każdy zagonik. Problem istotnie przykry, przedstawiciele bowiem z PRN rzucili wsi podatki takie same od ha. jak w sąsiednich
bogatszych wsiach, nie bacząc na protesty chłopów.
- Poszedłem dalej. W pewnej chwili zboczyłem z drogi miedzy krzaki, gdzie jakiś chłop pasł na powrozie krowinę i dwie cieliczki. Wdałem się z nim w rozmowę. Com nie
usłyszał! On krowę pasie, a kobleta z małym chłopcem od rana w lesie, nawet obiadu nie zjedli. Zimą wprawdzie jeździł on 3 mile do Rzeszowa z drzewem, ale zarobek się urwał.
Zresztą co to za zarobek! Trzeba się nałupać smolaków, naobcinać, żeby były równe "kółka", nakrzyczeć się na ulicy na cały głos, a ledwie jakaś paniusia weźmie jedną albo dwie
wiązeczki.
- W PEWNEJ chwili zauważyłem, że ścieżką koło gaju idzie ku wsi jakaś obdarta kobieta z opuszczoną głową. Rozmówca rzucił ku mnie ze śmiechem:
- Niech pan nie zwraca uwagi, to głupia. wariatka. Wydana na Widełce, ale rodem od nas. Spaliły się jej budynki gospodarskie, strasznie rozpaczała i z tego rozum
jej się popsuł. Łazi po polach, a jak dostanie ataku szału, lepiej nie włazić jej w oczy...
- OPUSZCZAŁEM wieś piachu, ciężkiej pracy i marnych zarobków, wieś, gdzie zbiera się na materiał na ubranie czy zabawę weselną wieloletnim ciułaniem na handlu
szyszkami jagodami leśnymi i gdzie z lada nieszczęścia popada się w wielką rozpacz.
- Opuszczałem Hucisko w przekonaniu, że dzieje się tutejszym chłopom krzywda. Cóż on winni, że los rzucił ich na takie pustkowie? Takie sioła sąsiednie, jak
Nienadówka czy Zielonka mają za lasami drogi i światło. Tu tylko piach, ciemności nocy, monotonia.
- Trzeba się zastanowić! Może by - u licha - hutę szklaną tu założyć? Wspanialy surowiec! Piasek świetlisty jak srebro! Tu przed wiekami istniała już huta... Wiedzą o
tym starzy mieszkańcy Huciska, pamiętają także chłopi z Nienadówki i Przewrotnego. Sama nazwa wskazuje, że to miejsce po hucie.
przyg. Bogusław Stępień
|