i prawie matczyną troskliwością.
- Może to zabrzmi trochę jak banał, ale naprawdę się cieszę, że mogłam dożyć czasów, w których mój szpital tak wspaniale się rozwinął. Proszę się
nie dziwić, że powiedziałam „mój szpital”. Tak jest w istocie. Całe życie poświęciłam wyłącznie jemu. I tak będzie do końca.
Przez rok pracowała jako salowa. Pragnęła jednak jeszcze bardziej pomagać pacjentom. W 1948 roku Liga Kobiet we Wrocławiu zorganizowała roczny kurs
dla pielęgniarek. Rozpoczęło się 12 miesięcy ciężkiej harówki. Obowiązki w szpitalu i popołudniowe zajęcia na kursie. Nie poddała się. Musiała wytrwać. Robiła to dla chorych i
szpitala, któremu brakowało wykwalifikowanego personelu. Świadectwo ukończenia kursu otrzymała z wyróżnieniem. Datę 23 IV 1949 roku pamięta do dziś. Było to dla niej wielkie
przeżycie. Tego dnia została przeniesiona z oddziału chirurgicznego na sale operacyjną chirurgiczno-ortopedyczną. Tu ponownie wpadła w wir morderczej pracy. Niemieckie
pielęgniarki wyjechały, a polski personel liczył zaledwie kilka osób. W krótkim czasie musiała się nauczyć pracy przy stole operacyjnym jako instrumentariuszka i fachowiec od
narkozy. Do dziś z uśmiechem wspomina tamte czasy.
- Narkozę podawałam pacjentowi podczas operacji bardzo prymitywnie. Na maseczkę z gazy leżącej na twarzy chorego trzeba było nakapać odpowiednią
ilość eteru. Nie było przyrządów elektronicznych ani innych takich dzisiejszych cudów techniki. Ilość eteru zawsze podawałam na oko, na wyczucie. I proszę sobie wyobrazić, że
żaden z pacjentów, którego usypiałam, nigdy nie miał komplikacji po narkozie. Tak, to były inne czasy. Teraz gdy widzę przygotowania do operacji - dokładne mycie całego zespołu,
wcześniejszą sterylizację sali, prawie że wygotowywanie pacjenta przed zabiegiem przypominam sobie warunki w jakich tamte operacje były przeprowadzane. Dziurawe ściany sali
operacyjnej, brak szyb w oknach, sypiący się tynk z sufitu. Warunki polowe, a nie pamiętam, aby jakiś pacjent zapadł w szok pooperacyjny.
Bardzo dużo ciepłych słów o pani Marii usłyszałem od ordynatora oddziału chirurgicznego, dr. Jerzego Szybejko.
- Siostra Maria należy do tych oddanych ludzi, o których się mówi, że niedługo w ogóle znikną z powierzchni ziemi. Od pierwszych chwil gdy ją
poznałem, byłem pełen podziwu dla jej oddania sprawom szpitala. W niej jest coś ze średniowiecznej zakonnicy, która całe życie poświęciła dla dobra innych ludzi. Gdy była jeszcze
na pełnym etacie, zawsze widziałem ją przy pracy. Przychodziłem na oddział o szóstej rano, siostra Maria już była. Wychodziłem z pracy, da- lej krzątała się wśród chorych,
wpadałem czasem na nocną wizytę, znów ją spotykałem. Ciągle znajdowała robotę, którą trzeba i to dziś jeszcze wykonać. Takiego pracownika jak siostra Maria chciałby mieć każdy
ordynator. Jest wspaniałym przykładem dla młodych.
|