Osobowość Roku - 2022

Nienadówka 1980 - wystawa

Foto zmiany

Losowy album


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam

Pościg


Jan Bolesław Ożóg

Fragment opowieści pt. "Kula".

"Nowiny Rzeszowskie" (12 X 1957)




   Przez pola biegł Malec, policjant, z karabinem zdjętym z ramienia. Prawą ręką trzymał za zamek, a lewą pot ocierał, co chwila spychając daszek czapki na tył głowy.

Dzień ten nie należał do szczęśliwych dla załogi posterunku policji w Sokołowie. Z gmachu sądu grodzkiego uciekł przed godziną niespełna, najniespodziewaniej aresztant.
Nie był to złodziej. Ale posterunkowy Malec wolałby, że by to był złodziej. Niestety zbiegiem był aresztant polityczny i wszelkie dane wskazywały na to, że nie byle jaka głowa.

Po rozruchach chłopskich w Ropczyckiem koło Przeworska jakie miały miejsce niedawno, władze surowo nakazały nie spuszczać z oka prowodyrów chłopskich, a oto taki właśnie niebezpieczny prowodyr, znany na całą okolicę, ucieka w jasny dzień przez więzienne okno.

Policjanci wypadłszy z gmachu posterunku za bożnicę miejską, gdzie według relacji strażnika więziennego wymknął się uciekinier, pędzili teraz na zbity łeb miedzami podmiejskich pól i kleli na czym świat stoi.

Obława kierowała się w las. Tam, w kierunku Nienadówki "nawiewa" Drapała, po drodze mu było. Zaraz jak tylko wyskoczył z dziedzińca ze słabo niestety strzeżonego lochu, uciekał przez ogrody i parcele podmiejskie na las. Pólkami go ścigali, i tam wpadł teraz. Czterech posterunkowych pobiegło brzegiem lasu, dwóch skierowało się na pola Trzebuski, a Malcowi wypadło spatrolowanie wnętrza gaju. Szedł prędko i drętwiał na myśl o spotkaniu oko w oko z Drapałą. Chłop był krępy i mocny jak cholera. Pamięta, skuć się nie chciał dać podczas aresztowania, stawiał opór. Kiedy Malec wlazł do jego chałupy, wieczorem to było, dróżnik wrócił dopiero z roboty, kolację jadł z babą. W ostatniej chwili, gdy skończył jeść, wymknąć się chciał przez drzwi. Malec stanął mu ano prosto w oczy i zagrodził piersiami drogę. Popchnął go Drapała, aż się pod piec zatoczył i gdyby nie bagnet na karabinie, który on przyłożył mu błyskawicznie pod brzuch, kto wie, co by dalej było. Tak rozmyślając, wszedł Malec na łąkę, karabin trzymając przed sobą w pogotowiu.

Po jaką cholerę w łapy mu lazł? Nie mógł łobuz siedzieć spokojnie? Pensję brał, jeszcze źle mu było?

Tak dróżnik był ludowcem, zaciekłym ludowcem. Wiedziano na posterunku dokładnie, co Drapała nawyrabiał w ostatnim roku. Bo mało, że zaczął sobie pocztą sprowadzać gazety dawał to do czytania chłopom, jeszcze na domiar złego ,,Wici" we wsi zorganizować próbował. Wici", lewicową organizację, słyszane rzeczy! No, nie dziwota, że kiedy w maju rozruchy chłopskie się zaczęły, właśnie z Nienadówki chłopi najpierw głowę podnieśli. Doniósł wójt: tak i tak, u Drapały po nocach stale narady krzyki: Precz z rządem!! Precz z sanacją! czy coś takiego. Niby, że Witos lepszy, widzicie? Dziwić się, że cała wieś poszła potem na Kolbuszową do pana starosty z lagami i widłami? Kto prowadził? Drapała prowadził. Szedł w pierwszym szeregu, o hańbo, dróżnik rządowy. Tak, byli tacy, co to widzieli. Kto wie, jakby się skończyło, gdyby nie posiłki policji z Rzeszowa. Zatrzymało się pałkami zbuntowany motłoch, zatrzymało się prowodyra, i prowodyra za kołnierz do ciupy. Niech posiedzi...

Szedł Malec i mimo woli zaciskał pięść lewej, wolnej ręki. Oblewał go pot, pod mundurem, rozpiętym na wszystkie guziki czuł mokro, kleiły się mu do ciała koszula i kalesony.

- Niech to szlag trafi! Na taki gorąc pędź człowieku, jak pies po polach i lasach! - klął w głos. I gdzie ty chamie, lecisz, gdzie? Do pracy ci się zachciało? Na gościniec?

Już cię musieli dawno spensjonować. Torbę ci nawet odbiorą i dżagan. Dorobiłeś się, bolszewiku! Ach, żebym ja cię w garście złapał....

Od lasu dzieliło go już tylko kilka kroków i teraz Malec z ulgą odetchnął. Przypomniał sobie, że w lesie dawno, dawno nie był. Chyba z pięć lat już. Tak, to było zaraz jak z wojska wyszedł, jeszcze za cywila. W Nisku u rodziców. Namówiła go, pamięta, jedna tam na ten lasek, klawa facetka. No, las oczywiście na Moskalach, Moskale się nazywa pierwsza za Niskiem wioska w lesie. W ten dzień wyszedł sobie za miasto na spacer. Widzi, idzie przed nim panienka jakaś i ogląda się. Oczy ładne, figura zgrabna. Dogonił dziewczynę. "W jedną stronę idziemy, pozwoli pani? Dołączę się". "Proszę bardzo". "Pewnie do lasu"? - "A do lasu". "Boi się pan lasu"? "Ja"? Lasu?...

Poszedł z nią między drzewa i nawet za las. Prowadził ją na ostatku nawet już pod ramię. Tylko gdy wracał, a ciemno było, ktoś w lesie trzasnął go z tyłu kamieniem. Odtąd już noga jego na Moskale nie postąpiła...

Nogi bolały go i na dobitek złego potknął się nagle butem o kamień. Pełno zawsze kamieni gdzie się schodzi z łąk w las.

Sycząc ze złości wlazł wreszcie w zagajniki. Wsunął się w nieznajomą łozinę, ociera się o nieznajome gałęzie cień ścielące i chłód błogi, przebłogi. Wiatrem siane sosenki i świerki i brzozy, nie większe wzrostem w tym miejscu od kóp siana przypomniały mu zrąb na Moskalach. Pomagał, pamięta, nadziewać tam Andzi, tak było dziewczynie, pończochy gdy już weszła w las i on sam buciki jej sznurował. Bała się, żeby żmija ją nie ugryzła, a jego wcale się nie bała. To były chwile, tak, - westchnął i aż przystanął z wrażenia, łapiąc kurczowo za gałąź kruszyny. Stał chwilkę tylko, bo nagle zdało mu się, że słyszy trzask gałęzi. Nadstawił ucha i drgnął. Nie, nie, to złudzenie, nie biegł nikt.

Ruszył dalej. Potykał się o gałęzie i korzenie. Jakby zakwitły naraz jabłonie na ramieniu, wszystko otwierało się we wspomnieniu, stawało w płomieniach żalu za tym, co odeszło bez powrotu... Pod choinką zieloną, zdaje się, o, jak by tam. Już tam za ścieżką. Siedli na zwalonym pniaku. A jak Andzia się dziwiła, gdy ją ujął za rękę! Całował ją, gdy żegnał się o zmierzchu. I już nigdy jej odtąd nie widział. Dawno zapomniał o tym, aż nagle teraz... Ciekawość, co się stało z nią? Zgrabna to była panienka, mądra, jak nie ze wsi.. Szumi wiatr w gałęziach brzeziny, szumi sobie, a on tu sam na odludziu, z karabinem w pogoni za wiatrem. Dokąd tak biec i jak długo biec?

c.d.n.

(Dalszy ciąg z poprzedniego numeru.)

"Nowiny Rzeszowskie" (19 X 1957)


Pościg - Fragment opowieści pt. "Kula".



   Trwało to czas jakiś. Wtem drgnął. Przez gęstwinę leśną szedł ktoś po suchych gałązkach.

Pochylił się w bok, zaszedł za pień sosny i karabin postawił u nóg.

Zdumiał się odetchnął z ulgą. Nie był to dróżnik; od drzewa do drzewa leciała jakaś dziewczyna. Malec przysiągłby, że ją już kiedyś widział. Czy to nie córka organisty? W szkołach pono się kształci. Ależ dziewucha!

W ręku niosła dzbanek, ale całkiem pusty: machała nim naokoło siebie, rozglądając się, czy jej kto nie widzi.

Trwał za pniem i nie ruszał się.

Podnosiła spódniczkę, aby jej nie obszargać i przeszła w gęste krzaki. Buciki zapadły się jej w mech, wysokie trawy łechtały jej kolana, pajęczyna snuła się dokoła nóg.

Nic nie poruszało się, nie oddychało. Tylko ta rozszalała woń! Po śniadych jej nogach błyskały refleksy światła z wysoczystych sosen... Nagle potknęła się z sykiem bólu w jeżynach. Ledwie oswobodziła się z paści haczyków i kolek, gdy znowu zaplątały się jej stopy w borowinę. Od tego znoju i biegniecia pot jej błyskał na szyi i na ramionach, odsłoniętych przez krótkie rękawy.

W pewnej chwili dziewczyna natknęła się na kępę białego rumianu. Gdy nachylała się po łodyżkę delikatną, bieluchną, rozchylone nozdrza jego rozszerzyły się, jakby chcąc uchwycić won ostrą, słodką, upojną. Jakże dziwne wydawały się mu te kwiatostany, tak bledziutkie, jakby nigdy tu promienie słońca nie zstąpiły. Rwała je ostrożnie i tuliła ich chłód do ust.

Zdawało mu się, że oszołomiona wonią kwiatu, zatacza się od pnia do pnia. Porywały ją ku sobie sploty ostręgi, ręce kaliny, dłonie berberysu.

Podbiegał od drzewa do drzewa i krył się.

Nie zdawał sobie sprawy, co robi. Drapały go kolki, kłuły szpilki sosen, nie zważał na to.

Wreszcie stanęła.

Zza sosen wybłysnęła polana, nieduża, obcięta ciemnym gajem olch, grzejących się do nieba. Przepływała ją wąska rzeczka.

Zadrżały wargi dziewczyny i rozchyliły się usta. Szła teraz powoli. Stanęła nad strumykiem, a potem posuwała się jego brzegiem. Teraz podskoczyła na ziemi i zaircala, jak młodziutka klacz. Odrzuciła garnię na trawę i jednym raptownym szarpnięciem zdjęła szmaty.

Zaczęła niecierpliwymi ruchami zdzierać z siebie trzewiki i koszulę, aż stanęła naga. Odrzuciła włosy z czoła, wyprostowała ramiona. Z ust zaciśniętych trysnął półszept:

- W imię Ojca i Syna...

Uczuł chłód po skórze.. Zatętniła mu krew w żyłach, po udach przeszło go mrowie. Słuchał bicia serca fibrami całego ciała. Dzwonił zębami i dygotał. Pierś przeszywał mu jakby potwornej wielkości gwóźdź.

Zrobiło mu się czegoś tak straszliwie żal. Nie lepiej rzucić karabin i służbę i ot tu u lesie podejść do dziewczyny? I co mu winien Drapała?

W tej właśnie chwili trzasnęła gałązka. Wzdrygnęła się i omal nie upadła do tyłu, porywana przez nurt wody.

Malec odwrócił głowę na lewo i oto dopiero w tej chwili zrozumiał, jak trudno się oderwać od dziewczyny. Spostrzegł przez błysk sekundy czarny cień w odległości jakichś stu metrów na zakręcie rzeki.

Drgnął i uczuł gorętszy strumień krwi w piersi. Ktoś przeskoczył rzekę i zniknął w gęstwinie. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości. To sunął nieszczęśnik Drapała. Przełknął ślinę ze zdenerwowania i wszystkie uczucia żalu do świata zginęły tak szybko, jak szybko przyszły. Ścisnął mocniej karabin i był już sobą, w mundurze służbisty. Spojrzał na dziewczynę. Nachyliła się nad wodą, niczego nie spostrzegłszy, zamaczała rękę.

Jakże klął na tego, kto pozbawił go rozkosznego widoku! Kąpiąca rzuciła się nagle w wodę na piersi i uderzyła silnymi nogami, aż piana bryznęła na brzeg.

Uczuł pożar w piersi i zawrót w głowie. Jeszcze chwila, przykucnął raptem, oderwał się od drzewa i skacząc ро krzakach, pogalopował przez las. Słyszał za sobą wystraszony okrzyk dziewczyny, ale już nie oglądał się.

Biegł w kierunku, gdzie dostrzegł czarne ubranie dróżnika. Ścisnął karabin w dłoni i sunął jak odyniec. Nie minął pacierz, kiedy stanął na skraju i przed oczyma rozciągnęły mu się łąki. Na odległość nie dalszą jak dwieście kroków zamajaczyła znowu czarna marynarka więźnia.

Z ust Malca wyrwał się ochrypły, nieswój krzyk:

- Stój! Stój!

Drapała stanął na moment, jakby zdumiony, nagle skoczył pod wierzby na środku łąki. Za tymi wierzbami pasło się kilka koni.

Zobaczył teraz Malec, jak Drapała przykulił się w sobie i rzucił się chyłkiem ku koniom. Jeszcze jedna chwila, chwycił jednego za grzywę, hops! jednym skokiem - i już siedzi na grzbiecie. Teraz podbił piętami w brzuch kasztana i na pola!

Malec nie czekał.

Zdyszany, oblany potem, zdenerwowany, podniósł karabin do ramienia i strzelił.

Huk jak grom targnął powietrzem.

Nie trafił. Nie chciał zresztą trafić. Uciekający odwrócił na mgnienie oka głowę i pokłusował między zboża. Dopadł już pól, galopował miedzą jakąś, i zza łanu żyta widać było łeb konia i jego czarną bluzę. Krzyczał teraz coś z daleka i pięścią wywijał w kierunku prześladowcy, który strzelał, ale którego nie zauważył jeszcze.

Malca doleciały słowa:

Przez czerwone moo-rze! Ludzie... Na panów!

Syknął z wściekłości. To, co usłyszał, rozogniło mu wszystką krew.

-Ja ci dam "czerwone morze", bolszewiku! - Podniósł jeszcze raz karabin i jeszcze raz z lufy wygarnął. Ale i tym razem na darmo.

Dróżnikowi ani w myśli było stanąć. Gnał jak burza. Głowa bez czapki, skołtuniona, szara, migała z daleka między wysokimi łanami żyta i oddalała się coraz bardziej, coraz bardziej.

Zza góry w tym kierunku, wychylała się wieża nienadowskiego kościoła.

Malec zaklął szpetnie i popędził przez łąkę.


przyg. Bogusław Stępień


About | Privacy Policy | Sitemap | Withdraw contract
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013