Nie był to złodziej. Ale posterunkowy Malec wolałby, że by to był złodziej. Niestety zbiegiem był aresztant polityczny i wszelkie dane wskazywały na to, że nie byle jaka
głowa.
Po rozruchach chłopskich w Ropczyckiem koło Przeworska jakie miały miejsce niedawno, władze surowo nakazały nie spuszczać z oka prowodyrów chłopskich, a oto taki właśnie
niebezpieczny prowodyr, znany na całą okolicę, ucieka w jasny dzień przez więzienne okno.
Policjanci wypadłszy z gmachu posterunku za bożnicę miejską, gdzie według relacji strażnika więziennego wymknął się uciekinier, pędzili teraz na zbity łeb miedzami podmiejskich
pól i kleli na czym świat stoi.
Obława kierowała się w las. Tam, w kierunku Nienadówki "nawiewa" Drapała, po drodze mu było. Zaraz jak tylko wyskoczył z dziedzińca ze słabo niestety strzeżonego lochu, uciekał
przez ogrody i parcele podmiejskie na las. Pólkami go ścigali, i tam wpadł teraz. Czterech posterunkowych pobiegło brzegiem lasu, dwóch skierowało się na pola Trzebuski, a Malcowi
wypadło spatrolowanie wnętrza gaju. Szedł prędko i drętwiał na myśl o spotkaniu oko w oko z Drapałą. Chłop był krępy i mocny jak cholera. Pamięta, skuć się nie chciał dać podczas
aresztowania, stawiał opór. Kiedy Malec wlazł do jego chałupy, wieczorem to było, dróżnik wrócił dopiero z roboty, kolację jadł z babą. W ostatniej chwili, gdy skończył jeść,
wymknąć się chciał przez drzwi. Malec stanął mu ano prosto w oczy i zagrodził piersiami drogę. Popchnął go Drapała, aż się pod piec zatoczył i gdyby nie bagnet na karabinie, który
on przyłożył mu błyskawicznie pod brzuch, kto wie, co by dalej było. Tak rozmyślając, wszedł Malec na łąkę, karabin trzymając przed sobą w pogotowiu.
Po jaką cholerę w łapy mu lazł? Nie mógł łobuz siedzieć spokojnie? Pensję brał, jeszcze źle mu było?
Tak dróżnik był ludowcem, zaciekłym ludowcem. Wiedziano na posterunku dokładnie, co Drapała nawyrabiał w ostatnim roku. Bo mało, że zaczął sobie pocztą sprowadzać gazety dawał to
do czytania chłopom, jeszcze na domiar złego ,,Wici" we wsi zorganizować próbował. Wici", lewicową organizację, słyszane rzeczy! No, nie dziwota, że kiedy w maju rozruchy
chłopskie się zaczęły, właśnie z Nienadówki chłopi najpierw głowę podnieśli. Doniósł wójt: tak i tak, u Drapały po nocach stale narady krzyki: Precz z rządem!! Precz z sanacją!
czy coś takiego. Niby, że Witos lepszy, widzicie? Dziwić się, że cała wieś poszła potem na Kolbuszową do pana starosty z lagami i widłami? Kto prowadził? Drapała prowadził. Szedł
w pierwszym szeregu, o hańbo, dróżnik rządowy. Tak, byli tacy, co to widzieli. Kto wie, jakby się skończyło, gdyby nie posiłki policji z Rzeszowa. Zatrzymało się pałkami
zbuntowany motłoch, zatrzymało się prowodyra, i prowodyra za kołnierz do ciupy. Niech posiedzi...
Szedł Malec i mimo woli zaciskał pięść lewej, wolnej ręki. Oblewał go pot, pod mundurem, rozpiętym na wszystkie guziki czuł mokro, kleiły się mu do ciała koszula i kalesony.
- Niech to szlag trafi! Na taki gorąc pędź człowieku, jak pies po polach i lasach! - klął w głos. I gdzie ty chamie, lecisz, gdzie? Do pracy ci się zachciało? Na gościniec?
Już cię musieli dawno spensjonować. Torbę ci nawet odbiorą i dżagan. Dorobiłeś się, bolszewiku! Ach, żebym ja cię w garście złapał....
Od lasu dzieliło go już tylko kilka kroków i teraz Malec z ulgą odetchnął. Przypomniał sobie, że w lesie dawno, dawno nie był. Chyba z pięć lat już. Tak, to było zaraz jak z
wojska wyszedł, jeszcze za cywila. W Nisku u rodziców. Namówiła go, pamięta, jedna tam na ten lasek, klawa facetka. No, las oczywiście na Moskalach, Moskale się nazywa pierwsza za
Niskiem wioska w lesie. W ten dzień wyszedł sobie za miasto na spacer. Widzi, idzie przed nim panienka jakaś i ogląda się. Oczy ładne, figura zgrabna. Dogonił dziewczynę. "W jedną
stronę idziemy, pozwoli pani? Dołączę się". "Proszę bardzo". "Pewnie do lasu"? - "A do lasu". "Boi się pan lasu"? "Ja"? Lasu?...
Poszedł z nią między drzewa i nawet za las. Prowadził ją na ostatku nawet już pod ramię. Tylko gdy wracał, a ciemno było, ktoś w lesie trzasnął go z tyłu kamieniem. Odtąd już noga
jego na Moskale nie postąpiła...
Nogi bolały go i na dobitek złego potknął się nagle butem o kamień. Pełno zawsze kamieni gdzie się schodzi z łąk w las.
Sycząc ze złości wlazł wreszcie w zagajniki. Wsunął się w nieznajomą łozinę, ociera się o nieznajome gałęzie cień ścielące i chłód błogi, przebłogi. Wiatrem siane sosenki i
świerki i brzozy, nie większe wzrostem w tym miejscu od kóp siana przypomniały mu zrąb na Moskalach. Pomagał, pamięta, nadziewać tam Andzi, tak było dziewczynie, pończochy gdy już
weszła w las i on sam buciki jej sznurował. Bała się, żeby żmija ją nie ugryzła, a jego wcale się nie bała. To były chwile, tak, - westchnął i aż przystanął z wrażenia, łapiąc
kurczowo za gałąź kruszyny. Stał chwilkę tylko, bo nagle zdało mu się, że słyszy trzask gałęzi. Nadstawił ucha i drgnął. Nie, nie, to złudzenie, nie biegł nikt.
Ruszył dalej. Potykał się o gałęzie i korzenie. Jakby zakwitły naraz jabłonie na ramieniu, wszystko otwierało się we wspomnieniu, stawało w płomieniach żalu za tym, co odeszło bez
powrotu... Pod choinką zieloną, zdaje się, o, jak by tam. Już tam za ścieżką. Siedli na zwalonym pniaku. A jak Andzia się dziwiła, gdy ją ujął za rękę! Całował ją, gdy żegnał się
o zmierzchu. I już nigdy jej odtąd nie widział. Dawno zapomniał o tym, aż nagle teraz... Ciekawość, co się stało z nią? Zgrabna to była panienka, mądra, jak nie ze wsi.. Szumi
wiatr w gałęziach brzeziny, szumi sobie, a on tu sam na odludziu, z karabinem w pogoni za wiatrem. Dokąd tak biec i jak długo biec?
c.d.n.
|