15 stycznia 2008 r. z kościoła parafialnego w Nienadówce odprowadziliśmy na cmentarz - tę cichą przystań pielgrzymów utrudzonych długą wędrówką - naszą
koleżankę, byłą nauczycielkę Szkoły Podstawowej Nr 1 im. Henryka Sienkiewicza w Nienadówce, Józefę Zofię Janikową. W ostatnią drogę odprowadzali zmarłą ks. proboszcz Józef Fila z
Trzebosi, ks. proboszcz Józef Galant z Nienadówki oraz ks. prałat Mieczysław Zarych i ks. wikary Jarosław Stefański z Nienadówki; także bardzo liczna rzesza mieszkańców wsi,
przyjaciół Rodziny, nauczycieli, uczniów, wypełniająca wnętrze nienadowskiej świątyni i miejscowy cmentarz.
Józefa Zofia Janik urodziła się 10 lutego 1914 r. w Rzeszowie - Pobitnem. Tam ukończyła szkołę podstawową. Została uczennicą Prywatnego Seminarium
Nauczycielskiego Żeńskiego w Rzeszowie, które zajmowało budynek przy ul. Grunwaldzkiej. Nauka trwała 4 lata. Po maturze bezskutecznie szukała pracy w wyuczonym zawodzie.
W okolicy Niska pracowała Jej siostra Anna z mężem. Byli nauczycielami. Dzięki ich rozeznaniu w sytuacji na rynku pracy młoda nauczycielka rozpoczęła
pracę w sklepie spożywczym. Zajęcie było wyczerpujące, ponieważ trzeba było ciąć toporem płaty mięsa i kości na drobne porcje. Ta praca nie dawała spodziewanego zadowolenia.
Wkrótce udało się Jej objąć posadę nauczycielki przedszkola w Przyszowie. Tu zastaje Ją wybuch drugiej wojny światowej. Niemcy aresztują Ją jak i wielu innych nauczycieli; po
kilku dniach pobytu w więzieniu aresztanci zostają przetransportowani do więzienia w Rzeszowie. Rodzice Józefy podjęli starania o uwolnienie córki. Odpowiednia łapówka i
„załącznik” w postaci dorodnego indyka spowodowały zwolnienie jej z aresztu.
W 1941 r. zaczął funkcjonować niemiecki urząd szkolny (Schulamt). Inspektorem szkolnym został Niemiec Nörenberg, a jego zastępcą Polak - Eugeniusz Szwarc,
człowiek zacny, szlachetny, wielki patriota, ale przekleństwem dla niego było obco brzmiące nazwisko, dlatego nieustannie był namawiany, szantażowany, wprost zmuszany do przyjęcia
niemieckiego obywatelstwa.
Dzięki E. Szwarcowi młoda nauczycielka została skierowana do pracy w Nienadówce. 22 października 1944 r. zawarła związek małżeński z Ludwikiem Janikiem, a
już 11 listopada 1944 r. NKWD i UB aresztują Jej męża i 36 mieszkańców Nienadówki pod zarzutem przynależności i działalności w AK. Dla młodej małżonki było to traumatyczne
przeżycie, gdyż aresztantów zamknięto w szopie w obejściu Jakuba Ożoga w Nienadówce Górnej i „intensywnie” przesłuchiwano. 17 listopada przewieziono ich do „Zamku” w Rzeszowie.
Wieści, jakie stamtąd otrzymywała samotna teraz nauczycielka, były straszne. Mąż był bity, uderzany przez oficera NKWD kolanem w podbrzusze, bity kantem dłoni w bok szyi, pięścią
uderzany w twarz - stracił tam dwa zęby. Dlatego nazwiska oficerów NKWD utkwiły głęboko w Jej pamięci. Byli to: Józef Bek pochodzący z Kamieńca Podolskiego, Prokopin i
najłagodniejszy z nich, stary kapitan Paluchin, który tylko groził pobiciem i żądał przyznania się do przynależności do AK.
Dzięki ks. Jałowemu (ich katechecie z seminarium nauczycielskiego) żona otrzymywała od męża grypsy. Chcąc wesprzeć męża i dostarczyć mu chleb do
więzienia, wielokrotnie na oblodzonych klocach sosnowych lub jodłowych furmanką „okazyjnie” jeździła do Rzeszowa. Tej udręki, zimna, mrozu, lodowatego wiatru, zawiei nigdy nie
zapomniała, na pewno te przeżycia nadwyrężyły Jej zdrowie.
Te ciężkie doświadczenia życiowe, wspólna bieda, bardzo umocniły małżeństwo państwa Janików, wszak wspólnie, szczęśliwie i zgodnie przeżyli 64 lata. To
także uodporniło ich na późniejsze przeciwności losu. Zdrada jednego z mieszkańców Nienadówki skutkowała skazaniem p. Janika na karę więzienia. Potem jeszcze kilka razy był
aresztowany, m.in. przed wyborami „3xTak”, był inwigilowany i „odwiedzany” przez funkcjonariusza UB z Kolbuszowej, Wincentego Ł. i oficera UB pochodzącego z okolic Sokołowa.
Pani Józefa wraz z mężem wychowała, wykształciła i w miarę swoich możliwości wyposażyła trójkę dzieci. Doczekała się licznej gromady wnuków i prawnuków.
Dzięki solidnej pracy nauczycielskiej, dokształcaniu się uzyskiwała coraz lepsze wyniki jako nauczycielka. Została powołana przez inspektora oświaty w Kolbuszowej na stanowisko
nauczyciela instruktora metodycznego z nauczania początkowego w kl. I-IV. Niosła pomoc metodyczną, doradzała jak rozwiązywać trudne problemy w nauczaniu i wychowaniu. Wraz z p.
Zofią Weryńską, także instruktorką nauczania początkowego, przemierzyła drogi i ścieżki powiatu kolbuszowskiego, którymi dzieci uczęszczały do swoich szkół. Nauczyciela
obowiązywał wówczas etat 30 godzin lekcyjnych tygodniowo, nie było też wolnych sobót. Wyjeżdżała z domu przed godz. 600, by autobusem, zwanym wtedy „stonką”, dotrzeć na
przeciwległy kraniec powiatu.
Pracując w Nienadówce miała wielu przełożonych - kierowników szkoły. Byli to: p. Karol Robak pochodzący z Podwołoczysk (obecnie za wschodnią granicą), p.
Jan Ochalik; od 1950 r. kierownikiem, a potem dyrektorem szkoły był Jej mąż, Ludwik Janik.
W 1972 r. po 30 latach pracy w zawodzie nauczycielskim przeszła na emeryturę. Mimo tylu ciężkich przeżyć, doświadczeń ani razu nie była w szpitalu.
Wpisała się w historię lokalnej społeczności jako człowiek przełomu tysiącleci. Swoim uczniom, koleżankom i kolegom nauczycielom sercem przekazywała to,
co serce Jej dyktowało. Była świadkiem i uczestnikiem wydarzeń I i II połowy XX wieku, w najtrudniejszych chwilach potrafiła zachować pełen rozsądku dystans, dobroć i życzliwość.
Doskonale wiedziała, jak kruchym darem natury jest życie, dlatego nigdy nie postępowała lekkomyślnie. Znakomicie wypełniała rolę matki, żony, członka zespołu pracowniczego,
członka lokalnej społeczności. W ostatnich latach nie dopisywało Jej zdrowie, mimo to wielokrotnie uczestniczyła w spotkaniach opłatkowych i wielkanocnych nauczycieli
emerytów.
Zapamiętaliśmy Ją jako bardzo żywą osobę, energiczną, skłonną do zabawy, śmiechu, do niesienia pomocy smutnym, schorowanym.
Poeta Ernest Bryll powiedział:
„...Płaczemy z żalu. Z żalu,
że jeszcze o czymś zapomnieliśmy,
nie porozmawialiśmy, że nie byliśmy ze sobą bliżej.
I często tak bardzo jesteśmy zajęci sobą,
że nie dostrzegamy, iż ci, co odeszli,
kochają nas i są z nami...”
Miejmy nadzieję, że tak jest z naszą Józefą.
Żegnając Koleżankę, dziękujemy Bogu za wszystko, co dobrego zrobiła przez lata długiego życia, za Jej oddanie Rodzinie, młodym pokoleniom, mieszkańcom
nienadowskiej ziemi, za pomoc koleżankom, kolegom.
Niech spoczywa w pokoju.
Grono przyjaciół i byłych współpracowników.
|