Foto zmiany

Losowy album

Zostań współautorem !

Napisz do nas


Nasze Statystyki Odwiedzin
Hasło - sprawdzam
stat4u

Franciszek Chorzępa


Poeta, fotograf, żołnierz AK, społecznik
Franciszek syn Jana i Hanny urodził się w Nienadówce w 1912 roku. Mały Franek musiał być ruchliwym i ciekawskim dzieciakiem, a życie go nie rozpieszczało. Kiedy wybucha I wojna światowa jego ojciec powołany do wojska musi pozostawić jego, żonę i ruszyć na front. W roku 1915, ginie na froncie jego ojciec,. Franek miał wtedy trzy lata. Również w tym okresie, jego starsza siostra Zofia wybija mu niechcący oko, tak więc nie ciekawie zaczynało się dla Niego życie. Chodząc do szkoły pewno nie raz została mu ta ułomność wytknięta, jednak bez żadnych trudności kończy 5 klas szkoły powszechnej w Nienadówce i Sokołowie.
Nauczyciele zauważyli że Franek to bardzo zdolny uczeń i sugerują posłanie go do dalszych szkół. - Kim byłby gdyby rodzice poszli za namową nauczycieli ? - Ci jednak obawiając się że Franek z jednym okiem nie poradzi sobie z nauką, czy może bardziej w obcym miejscu, w obcym otoczeniu, bo na dalszą naukę w tym czasie trzeba było by oddać go do Rzeszowa, kończy więc swoją edukację i pozostaje w domu, w Nienadówce. Franciszek dorasta pomagając na gospodarstwie rodzinnym, od najmłodszych lat samodzielny ima się różnych zajęć i zawodów. Rozwija swoje wszechstronne zainteresowania. Jako młody chłopak
postanawia hodować jedwabniki, sadzi drzewka morwowe, które są potrzebne jako pokarm dla tych właśnie jedwabników. Zakłada też własną szkółkę drzew owocowych, sieje, szczepi a następnie sprzedaje okolicznym gospodarzom gotowe sadzonki drzew, do dziś w starych sadach rosną grusze i jabłonie wyhodowane właśnie przez samouka Franciszka.




Karczując plac przy domu, przygotowuje miejsce i zakłada własny sad, w sadzie tym jest znajduje się niewielka sadzawka jakich wiele było w ówczesnym czasie w każdym gospodarstwie, ale nie każda była zarybiana jak uczynił to Franciszek Chorzępa. Zakłada też niewielką pasiekę a pszczelarstwo towarzyszy mu już przez całe jego życie.
 Innym dość ciekawym jak na tamte wiejskie realia zajęciem, była pasja fotografowania, posiada aparat fotograficzny, robi sporo zdjęć rodzinie i przyjaciołom przy każdej okazji. Upamietnia takie chwile jak odsłoniecie "Kopca Niepodległości" na Trzebosi w 1938 roku, czy udział młodych sportowców z Nienadówki na zawodach lekkoatletycznych w Rzeszowie, gdzie młodzież z Nienadówki osiągnęła spory sukces. Wzbudowanej przez siebie komórce (ciemni) sam te zdjęcia wywołuje. Franciszek udzielał się również społecznie w okresie międzywojennym. Jest świetnym organizatorem, prowadzi teatr, urządza seanse na których przedstawia ludziom
różne sztuczki, jest również jednym z organizatorów przedwojennej nienadowskiej spółdzielczości.
Marzył mu się murowany dom i na marzeniach nie poprzestał, postanawia sam zdobyć materiał, robi cegłę i następnie wypala ją w zbudowanym przez siebie piecu, piec ten znajdował się na terenie dzisiejszego stadionu, jego upór popłaca i dom zostaje ukończony.



Kiedy wybuchła II wojna światowa i nastała okupacja, Franciszek nie mógł pozostać na uboczu, jest kierownikiem sklepu spółdzielni "Społem", który znajdował się w jego domu.
Sklep ten jest również placówką konspiracyjną nienadowskiej Armii Krajowej, której członkiem był Franciszek, i z tym właśnie sklepem związana jest nieprzyjemna historia o której wspominał również Jan B. Ożóg w swojej historii, tu przedstawimy dokładniejszą wersję wydarzeń tamtych dni, choć nazwisko jedno zostanie pominięte.

 W roku 1941 (16 luty) Franciszek Chorzępa, bierze ślub z Zofią Cisek. Dzień przed swoim ślubem Franciszek Chorzępa poprosił Wojciecha Ożoga by ten popilnował pod jego nieobecność domu, w którym jak wiemy mieścił się sklep, sprzedawcą w tym sklepie był przyjaciel Franciszka Stanisław Ożóg. W dniu ślubu na który był zaproszony Stanisław, w sklepie zastępował go jego brat Tadeusz Ożóg, który wspomina: Wieczorem zjawiło się w sklepiku, kilkunastu nienadowskich gospodarzy -(13)- był wśród nich również ówczesny sołtys Nienadówki, którego miejscowi nazywali Judasz.
Chłopi zrobili drobne sprawunki, potem zasiedli do stolika i zaczęli grać w karty. Po krótkim czasie do sklepiku wtargnęło kilku gestapowców, kilku innych otoczyło dom Franciszka Chorzępy, dom był jednak pusty i zamknięty domownicy bawili się przecież na weselu. Jeden z Niemców wybił szybę w oknie mieszkania Franciszka i wszedł do środka.

Rozglądając się zobaczył na stole, papierosy, stała również kwaterka wódki, a bok stołu stał kosz z drewnem, Niemiec zauważył również na stole leżącą zapisaną kartkę, zabrał ją ze sobą. Kartka ta na szczęście jak się okazało była przygotowana dla Wojciecha Ożoga a na niej wiadomość dla Niego, aby sobie zapalił papierosa, napił się wódki i rozpalił ogień w piecu, kiedy już się zjawi do pilnowania domu. Wojciech idący do domu Franciszka zauważył Niemców i wszedł do sklepu, aby ratować syna Tadeusza i wpadł w pułapkę, został zabrany razem z pozostałymi chłopami do baraków przy kościele. (stara szkoła) Niemcy nie zabrali tylko sprzedawcy, Tadeusza, który zastępował brata Stanisława

W barakach wszystkich bez wyjątku przesłuchiwano i sporządzono wstępny protokół, Sołtys również był przesłuchiwany chociaż wizyta Niemców w sklepie to jak podejrzewali pozostali, jego sprawka, chciał się w ten sposób zemścić za to, że chłopi chcieli go usunąć z zajmowanej funkcji sołtysa. Jak wspomina Nasz rozmówca, sołtys cieszył się bardzo że wkopał chłopów, którzy na pewno zostaną oskarżeni o wrogą działalność wobec Niemców, a On będzie miał spokój. Tego wieczoru przesłuchano również, prezesa miejscowej spółdzielni "Społem" Walentego Gielarowskiego. Wszystkich aresztowanych chłopów zawieziono na zamek do Rzeszowa, gdzie byli ponownie przesłuchiwani w sprawie tajnego zebrania w sklepie. Ale oni twardo stali przy swoich zeznaniach, że w sklepie znaleźli się jak zwykle, jeden po papierosy, inny po drożdże, a jeszcze inny uciekł z chałupy, bo mu baba kazała dziecko kołysać. Wojciech Ożóg zeznawał, że miał pilnować mieszkania Franciszka, czego dowodem była kartka zabrana ze stołu z domu Franciszka.

Gestapo również zawitało na jego weselu, by wyjaśnić sprawę zebrań w sklepie którym zarządzał, ale go nie zabierają. Na drugi dzień Franciszek stawia się sam do Niemców by wyjaśnić całą sytuację. Niemcy nie mając powodów do zatrzymywania ich w więzieniu po 21 dniach zwalniają ich wszystkich do domu.
Po czasie Franciszek Chorzepa rezygnuje ze sklepu w Nienadówce i prowadzi sklep w Sokołowie Młp., gdzie łatwiej mu było pozyskiwać informacje czy kontakty potrzebne w walce z okupantem.
Franciszek 15 grudnia 1943 jest świadkiem tragicznej dla Niego sytuacji, widzi jak Niemcy prowadzą ulicami Sokołowa jego brata Jana Chorzepę skutego wraz z innym więźniem. Zostają Oni zaprowadzeni na cmentarz i tam rozstrzelani. Śmierć 10 zakładników miała być akcją odwetową Niemców, za ścięcie przez partyzantów trzech słupów telegraficznych w okolicy Cisowca.

Franciszek Chorzępa rozpoczął kolejny niebezpieczny rozdział w swoim życiu, zapisuje się do powstałej w okolicy organizacji komunistycznej (PPR) i działa w jej szeregach jako agent, pomaga to AK w śledzeniu i poznaniu zamiarów postępowania tej niezbyt lubianej organizacji w Nienadówce.

Franciszek Chorzępa w Armii Krajowej miał również m.in. pieczę nad jednym z miejscowych składów broni i amunicji. To własnie on na rozkaz dowódcy placówki Józefa Guzendy ps. "Ryś"zaopatrzył w broń dwóch AKowców, Ludwika Śliża i Edwarda Chorzepę kiedy Ci pomimo sceptycznego podejścia przełożonych, postanowili ruszyć na pomoc powstańczej Warszawie.

Ciekawostką, którą pan Franciszek wspominał jeszcze kilkanaście lat temu jest to, że ta broń leży sobie nieodkryta do dziś. Również szkolenia bojowe, jak też programu tajnego nauczania z zakresu szkoły średniej prowadzone były u Franciszka Chorzępy, gdzie mieścił się sklep spółdzielczy w Nienadówce Dolnej, co do pewnego czasu, ułatwiało kamuflowanie uprawianej faktycznie działalności. Działalność konspiracyjna była tam prowadzona do czasu zagrożenia "wsypą" O zaistniałym niebezpieczeństwie dowództwo placówki zostało poinformowane przez zakonspirowaną i współpracującą z AK tłumaczką ze sztabu niemieckiego mieszczącego się w ośrodku w Górnie. nazywała sie Zuzanna Zarzycka, to ona przekazała sygnał, że dotychczasowy lokal konspiratorów przestał być bezpieczny. Dwaj donosiciele z Nienadówki przyszli do sztabu w Górnie donieść, że odbywają się tam zebrania, że przychodzi na nie około stu osób i że nocą wszystkich można wyłapać.

Franciszek Chorzępa w tym okresie rozpoczął również kolejny niebezpieczny rozdział w swoim życiu konspiratora. Nawiązuje kontakt i zostaje członkiem powstałej w okolicy organizacji komunistycznej (PPR). Działa w jej szeregach jako agent, pomaga to AK w śledzeniu i poznaniu zamiarów postępowania tej niezbyt lubianej organizacji w Nienadówce. Ta konspiracyjna działalność na dwie strony odbiła się na jego losach po wyzwoleniu. Franciszek Chorzępa grał na dwie strony, podjął się działalności jawnej, działał społecznie, organizował wybory, wydawał się ówczesnym władzom swoim człowiekiem. dzięki temu podziemie niepodległościowe "WiN" było informowane co i kiedy im zagraża. Z jednej strony był jednak strach iż zostanie zdekonspirowany przez UB jako członek AK, a zdrugiej było zagrożenie przez inne grupy niepodległościowe nie wtajemniczone w jego działalność i uważające go za gorliwego "komunistę"
Wojna się skończyła, ale nie kłopoty pana Franciszka, po wojnie jest poszukiwany jak większość AK- owców przez NKWD, tym bardziej, że po rozwiązaniu AK, zostaje członkiem jej następczyni, czyli organizacji WiN. Jeden z Sokołowskich milicjantów odgraża się, że zastrzeli go przy najbliższym spotkaniu. Nie zdążył wypełnić swojej obietnicy, zostaje przez kogoś zastrzelony. W tej sprawie był sądzony i skazany inny członek konspiracji nienadowskiej Jan Ożóg ps. "TANK"
Pan Franciszek przetrwał najtrudniejszy powojenny czas, udało mu się przeżyć, ale spokoju nie uzyskał, ciągle był nachodzony przez funkcjonariuszy UB, postanawia w końcu wyjechać wraz z rodziną na ziemie odzyskane. Tłumaczy to niewielką ilością ziemi, którą posiadał w Nienadówce, a która nie gwarantowała jego rodzinie godnego życia. Sprzedaje swój majątek i wyjeżdża z Nienadówki, by ostatecznie w 1956 roku osiąść w miejscowości Gościeradz.

Po latach wspomina ten "Czas powojenny - PRL", jakim zagrożeniem dla niego i jego rodziny była działalność w tamtych czasach i dlaczego musiał z Nienadówki wyjechać.


Innym wątkiem obrazującym Nienadówkę i jej mieszkańców w czasie okupacji jest odnaleziony i przekazany mi list z roku 1986. Pan Franciszek prowadził korespondencję z jednym ze swoich starych przyjaciół z Nienadówki Józefem W., list pisany z miejscowości Szadłowice, wsi położonej w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie inowrocławskim, w gminie Gniewkowo. Właśnie ten list od Niego pokazuje postawy ludzi nie zawsze zgodne z oczekiwaniami, często załatwiającymi swoje prywatne sprawy rękami Niemców. Ciekawa lektura, polecam oryginał, jeżeli ktoś chce przebrnąć przez, nie do końca dobrze zachowany i nie kompletny list. List przepisany nie zawiera żadnych korekt, usunąłem tylko nazwiska osób opisywanych w nim, dziś nie ma ich już wśród żywych i nie ma sensu zagłębiać się w te sprawy, aż tak dokładnie. Pozwoliłem sobie też dopisać oryginalną niemiecka nazwę (Steinau) części wsi Kamień z polszczonej w poniższyn liście.

Szadłowice 24/I/1986

Drogi śwagrze z Rodziną !
Na wstępie donoszę, że oba listy otrzymałem, za które b. dziękuję, bo dowiedziałem się różne rzeczy. Jeżeli chodzi o tą kobietę ze Stajnego (Steinau). To jest pewna część wioski Kamienia nazywa się Sztajne (Steinau), czyli po polsku Kamień, tam w tem Sztajnem (Steinau) mieszkali przeważnie Niemcy, ja tam kupowałem z ojcem drzewo, bo oni mieli, ci Niemcy tak zwane serwity, to znaczy, że co roku mieli prawo bezpłatnie otrzymać parę kubików drzewa, to znaczy jak miał cały serwit to było parę kubików, a jak 1/2 serwita to 3 lub 4 kubiki i mój ojciec u nich to drzewo kupował. Jeżeli chodzi o tą kobietę ja nie pamiętam aby ona była na zebraniu, przypomina mi się, że gdy mnie nie było w domu i gdy wróciłem do domu to żona Zośka mówiła, że tu była jakaś kobieta i mówiła, że jest z Kamienia, chciała coś ze mną rozmawiać, może i co więcej mówiła, ale dziś nie ma się kogo spytać, bo matka nie żyje. Pamiętam natomiast, że mówiono we wsi, że dwóch ludzi z Nienadówki przyszło z listą oskarżającą kilku mężczyzn o wrogą działalność przeciw Niemcom do tego generała w Górnie i ta kobietę tą listę dostała do ręki i generałowi nie przekazała, a była sekretarką u tego generała. Z opisu tej kobiety, to z listą do generała miał być kulawy C. Michał i podejrzewano G. Kubę, podsołtysa. Że C. był to możliwe, bo on czyhał na moje życie, pamiętam dokładnie jednego dnia jest pogłoska że Niemcy są pod kościołem, będą szukać świń we wsi, więc podeszedłem do bramy, od bramy do gościeńca było kawałek, bo paświsko nie było wtedy sprzedane, patrzę idzie 2 niemców, a C. ich prowadzi, przyśli przedemnie i stanęli. Cisek pokazał ręką do mnie, a potem poszedł do sklepu w którem ..... Jodłowski sprzedawał. Ja chyłkiem cofnąłem się na podwórze i przyśli Niemcy, do mnie się nie odzywali tylko śli prosto do stajni. W stajni świnie nie znaleźli więc jeden z nich, mówił po polsku, każe się prowadzić do mieszkania, weszli i zaraz otworzyli do komory, a że było w komorze ciemno zażądali lampy. Ja chciałem przynieść lampę, ale nie pozwolili, tylko jeden z nich poszedł do kuchni i przyniósł lampę i miejsce w miejsce przeszukiwali i znaleźli w dzieszce chlebowej i niecce nadziewaną kiszkę. Teraz Ci napiszę jak Pan Bóg mię oszczędził przed śmiercią, w sobotę wieczór zabiliśmy świnię, połowę tej świni brał M. Wojtek spod kościoła, parę dni przedtem przyjąłem wysiedlonych z Nartów, których wysiedlili Niemcy, a wsie palili bo tam się ukrywali partyzanci. Za zabicie świni była kara śmierci, chyba Ci wiadomo, że na Trzebusce zastrzelili Niemcy Ciupaka i syna na podwórzu, zdybali ich przy zabitej świni, a wysiedlonym Niemcy dali tą łaskę, że wolno im było zabić świnię. Otóż kiedy my w sobotę bili tę świnię, ja do żony wysiedlonego tak sobie zastrzegł - dziś biję świnię, a w poniedziałek mogą wpaść Niemcy, gdyby się tak stało to ty masz powiedzieć, że to jest świnia Twoja i Ty jesteś wysiedlona. I teraz gdy zdybali w dziszce chlebowej tą kiszkę pytają gdzie jest ta świnia zabita, ja powiedziałem, że to nie jest moja świnia tylko wysiedlonej, chciałem ją zawołać, ale nie pozwolono tylko sam Niemiec ją zawołał i pyta czy to jest jej świnia i czy ona zabiła i te pół świnie i kiełbasy wystawiła z piwnicy. Wtedy porozmawiali między sobą i odeśli na drugą stronę, bo tam koło Franka szła druga partia, szukali świni i tam był dowódca, poszli się zapytać co z tem zrobić, za chwilę przyśli, pytali chto tą świnię zabił ? Ona śmiało powiedziała, że ona zabiła, pytali czy ja z tej świni korzystał, ona powiedziała, że on od nas nie bierze, tylko nam daje. Wtedy było 2 kawałki masła, pytali czyje to jest, wzięli 1 kawałek i jedną kurę, wtedy zawołali Ciska Michała ze sklepu i pośli pod kościół. To masło i tą kurę to na pewno dla Ciska, na drugi dzień spotkałem Ciska i mówię ty skurwysynie i w złości go popchnąłem, w cale się nie wymawiał. I ten podły człowiek gdy byłem ostatnio w Nienadówce w kościele wyciąga rękę do mnie, ja jej nie odrzuciłem.

- Prawdopodobnie list miał dalszy ciąg, niestety nie zachował sie w całości -


Warto zaznaczyć, że pan Franciszek był przyjacielem i towarzyszem broni z czasu okupacji, J.B. Ożoga, razem działali w AK i tak jak ten znany poeta pisał swoje wiersze, wiersze oparte na bezpośrednich przeżyciach i własnej obserwacji świata. Możemy poznać je w wydanym tomiku wierszy z innymi poetami ludowymi. Wiersze


 Ciekawym dokumentem jest list jaki napisał J. B. Ożóg do Franciszka w roku 1990. List nawiązuje do spraw okupacji, o publikacjach jakie zaczęły sie ukazywać po roku 80tym ub. w. J. B. Ożóg informuje również co się należy Franciszkowi jako kombatantowi walk o niepodległość. List przedstawiam poniżej przepisany i obok w oryginale.


Drogi Franku!
Dziękuje za szczery, wzruszający list. Także za kopię kserograficzną artykułu Walka Nowaka. O ile wiem, do Walka za jego jeszcze życia przyjeżdżali rozmaici zbieracze wiadomości za równo z czasów okupacji niemieckiej jak i rosyjskiej. Chyba i on informował pewnych działaczy niepodległościowych o obozie straceń w Trzebusce. Postaram się przekazać Twoje i Walkowe wiadomości do koła Związku Żołnierzy AK w Krakowie, do którego należę. Chyba Ci wiadomo, że w lesie w Trzebusce dokonywano już odkrywek grobowych. W nowym roku roboty mają toczyć się dalej.
Zdumiała mnie historia z książką Jana Łopuski, postaram się ją przeczytać, opuszczenie opisów walk AK w Kolbuszowskiem zakrawa mi na akcję wprost zbrodniczą. To więcej niż oszustwo. Musiała się do tej akcji pamiętnikarskiej dostać racica nie byle jakiego łotra i prowokatora, usunęła partie najbardziej znaczące. Materiałów o walkach w puszczy sandomierskiej ja sam niemało wysłałem w rozmaitych czasach do Rzeszowa i drukowały je częściowo "Nowiny Rzeszowskie”. Znaczną cześć, opisującą dokładnie starcia z Niemcami przekazałem przed rokiem na ręce prof. dra. Jana Drausa, wykładowcy historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, obecnie dyrektora rozgłośni Polskiego Radia w Rzeszowie. Być może, iż do rozmaitych materiałów, także moich, dobrała się jakaś ukryta komunistyczna kanalia i pousuwała prace, które temu osobnikowi zagrażały. Wiadomo, że do rozmaitych ankiet z braku wiarygodnych świadków lub uczestników wydarzeń wojennych używano "srakotłuków" ze szkół ludowych, którzy dla osobistych, niecnych celów niszczyli pisemne dokumenty i źródła.
Przykro mi, że nie mogę osobiście wejść w tę drażliwą sprawę wizyty w Rzeszowie. Po przebytych dwu zawałach, przyplątały się do mnie ostra cukrzyca i parkinsonizm, który atakuje mi ręce i nogi. Chodzę z wielkim trudem o lasce na małą tylko odległość, pisać odręcznie nie mogę, posługuje się tylko z ogromnym wysiłkiem maszyną. Co trzy godziny atakuje mnie cukrzyca głodem raptownym po każdym zastrzyku insuliny. Muszę siedzieć w domu, o wyjazdach mowy nie ma, nawet do pobliskiego Rzeszowa. Z przywileju darmowego przejazdu pociągiem, tramwajem czy autobusem nie mogę korzystać. No cóż - życie nie uścielało się mi na różach. Całe życie tylko lektura książek i pisanie, trudna walka piórem o znalezienie się w historii.
Przysłałeś mi do wglądu zaświadczenie kombatanckie z Londynu. To bardzo ważny dokument, odsyłam Ci go. Jeśli jeszcze dotychczas nie posłużyłeś się nim, to zgłoś się natychmiast do najbliższego koła Związku Żołnierzy AK - przysługuje Ci dodatek emerytalny co najmniej, o ile wiem, trzykrotnie wyższy.
Nie żałuję swojego życia, choć wielu miałem dokoła siebie i w Pipidówce i gdzie indziej, zbrodniczych kanalii. Nie dałem się nigdy wciągnąć do "partyji”, czerwonym chamom nigdy się nie poddałem, choć rozbijali mi nawet rodzinę. Ostoją było mi zawsze pióro. I zostawiam dorobek ważny, znaczący..
Ogłosiłem z przeogromnej masy utworów poetyckich opowiadań, powieści, krytyk i artykułów 60 książek. Moje prace ukazywały się i ukazują we wszystkich językach europejskich. Na temat mojego pisarstwa pojawiły się liczne książki. Mój św. pamięci Ojciec i Matka mogą na drugim świecie cieszyć się, że, nie poszły na marne, ich bezprzykładne wysiłki kształcenia mnie w czasach ogromnie trudnych.
Przesyłam Tobie i całej Twojej Rodzinie Serdeczne życzenia Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku - obyśmy wszyscy żyli w zdrowiu !

Kraków - 15 XII 1990 r.
Twój kochający Cię kolega
Jasiek Ożóg



W roku 1995 Nienadówka obchodziła 400-lecie, Komitet Obchodów mobilizował ludzi do spisywania tego co pamiętają, zbierano stare zdjęcia i pamiątki. Wiele z tych zbiorów nie wykorzystano lub przepadło, na szczęście część została schowana do szuflady, by po latach być przekazana nam do wykorzystania i publikacji. Jednym z takich listów jest list Franciszka Chorzępy, który opisuje to co zapamiętał. Z listu poniżej możemy się np. dowiedzieć iż J. B. Ożóg przymierzał się do zostania księdzem, czytamy również o marszu chłopów miedyńskich na pogrom żydów w Sokołowie, przy tej okazji dowiadujemy się o napaści na mieszkańców Nienadówki, żydowskiego pochodzenia. Napastnicy mieli ich dom po drodze z Sokołowa idąc drogą dziś zwana "simsiówka". Nazwa ta powstała właśnie od imienia żyda, który przy niej mieszkał. W liście mało jest przyjemnych opisów, ale opisywane zdarzenia przeszły już do historii, a ludzi nie ma już wśród żywych. Szkoda tylko, że bezpowrotnie przepadły materiały przekazane przez Franciszka "literatowi"


Gościeradz dnia 12 I 1995

Drogi bracie Staszku !
Przygotowujecie się tam w Nienadówce do obchodu 400 lecia, a ja opiszę Ci to co wiem o Nienadówce. W latach mojej młodości zbierałem różne wiadomości od starców o wiosce jak też i od dziadków, a dużo otrzymałem wiadomości od nauczyciela Józefa Lei, który przybył do nas z Łańcuta, a miał jakieś pisma o tych stronach i mapy. Spodziewałem się, że mi to zostawi, ale on mówił, że to wypożyczył w Łańcucie i musi oddać. Jak porównywał do tych legend, które krążyły po ludności, więc się zgadzały z tymi wiadomości jakie dostarczył mi Leja. Droga jaka była na planie to była jedyna w tej okolicy i ta droga przez ludność była nazywana "dulski gościeniec". Dulski może dlatego, że na tej drodze były dwa brody. Jeden na rzece nienadowskiej, a drugi na rzece w polach na łąkach i sądzę, że były i doły na tej rzece. Od tej drogi odchodziła droga na Głogów i dziś na pewno jeszcze istnieje, która biegnie wzdłuż lasu, polami, nazywa się "głogowianka", a biegła w kierunku zachodnim w okolice Porąb i dalej do Głogowa. Przy tej drodze była mała osada nazwana Medynia Głogowska i tą nazwę ma Medynia do dziś dnia. Medynia Głogowska, a dalej Medynia Łańcucka. Od tej drogi była druga droga do dworu tak zwana "skotnia", szeroka na 6 m., ale tą drogę zrobił hrabia jak pobudował dwór, a na mapie ją nie było widocznie później ją zrobiono. Od tej drogi była też droga od "gościńca dulskiego" do dworu, która biegła koło zabudowań a skręcała w pola od nas i biegła polami. Dziś zapewne jeszcze istnieje. Drogi w tamtych czasach z Rzeszowa do Sandomierza nie było, bo jeżeli byłaby, to dojazdy do Głogowa i do dworu byłyby prowadzone od drogi rzeszowskiej, a nie od "dulskiego gościńca". Ja sądzę, że tymi terenami wracał Sobieski z pogromu turków, przez Łańcut i Nienadówkę, bo już istniała i tu mógł zatrzymać się na wypoczynek, a te okolice były własnością państwa, więc mógł mieć Sobieski jakiegoś ślachetkę zasłużonego w wojnie, więc obrał sobie ten ślachcic tę okolicę i został ze swoją świtą, a było też i niewolników, więc pozostawił Sobieski dla hrabiego kilkunastu, a może i pozostawił kapelana, bo i ołtarz też zostawił. I tak się rozwijała ta osada.
Nienadowskie legendy były takie. Koło tej drogi usadowiły się Smolaki, a na wzgórzach byli już Jadźwingi. Mieszkali oni na wprost "Pustek" na górze "Góra Jazia". Sądzę, że Ci osadnicy włączyli się w gromadę tworzącej się wioski. Sokołów powstał później, a Trzeboś i Medynia jeszcze później. Jak już powstał dwór i Sokołów, oraz gdy wybudowano kościół to wtedy połączono dwór Nienadówkę i Sokołów, ale droga "dulski gościeniec" był nadal ważny, bo przytym gościńcu rozwinął się przemysł i handel w Sokołowie.

W czasach tych ludność żyła w nędzy, a ludzie też byli różni. Pewien rolnik przyjął do pracy robotnika, który zwąchał się z jego żoną i aby jej męża usunąć, pojechali do lasu i z lasu przywiózł gospodarza nieżywego twierdząc, że go drzewo przywaliło, a ludzie wyśledzili, że ten parobek zabił rolnika, a, że władza się nie interesowała ta sprawą, tak on ożenił się z gospodynią, miał jednego synka przy którym jak rodziła zmarła, a sąsiadka, która też urodziła dziecko wychowywała tego synka, lecz ten chłopczyk słabo się rozwijał, cztery lata nie chodził i rozwijał się słabo umysłowo. I tak w nędzy żyli, że ludzie mówili, że to kara boża. Młodzież tez była bez uczucia. Pochwycili z sąsiedniej wioski chłopca, który przyszedł do pewnej panny, to tak go bili, że tracił przytomność wtedy moczyli go w stawie, a jak odzyskał przytomność to znów go bito i ten człowiek dostał pomieszania zmysłów.

A był i taki brat księdza, który też w ten sposób bił tego księżulka, że ks. chorował, a jak się wykurował to wyjechał na kresy i tam zginął od kuli wroga. Ten sam osobnik pojechał do lasu z kobietą słabo rozwiniętą i przywiózł ja z powrotem martwą twierdząc, że drzewo ją przywaliło. Dochodzeń nie było, ale ludzie twierdzili, że inaczej było.
Kiedy już tworzyła się Polska 1918 r., to z sąsiedniej wioski z Medyni wędrowała grupa chłopów "dulskim gościeńcem" do Sokołowa, aby bić i rabować żydów. W Sokołowie już była policja i rewolucjonistów nawróciła. W drodze powrotnej Ci szaleńcy napadli żyda w Nienadówce, który mieszkał przy drodze, Dawid i bili go niemiłosiernie jak też i jego córkę, żonę Simsia, a Simsio się ukrył i uniknął napaści, a Dawid i jego córka długo się kurowała, okradli go, powybijano okna, porozrywali pościel i powędrowali do swych domostw.
Ludzie w Nienadówce jak i okolicy byli zabobonni i nie co dzicy. U jednego rolnika była taka dziewczyna przy której działy się dziwne niewytłumaczone dziwy. Miała jakąś energię, że przedmioty się poruszały i inne figle były wykonywane, a, że ludzie byli zabobonni i w dodatku księża głosili, że diabły są, więc zorganizowali procesję i ksiądz w raz całą parafią i monstrancją szli 3 km do tego miejsca. Ksiądz pokropił pomodlili się wszyscy i powrócili do kościoła, a tam diabeł dalej psocił. Ten ojciec tego dziecka miał brata w Trzebosi i tam odstawił tą córkę ale i tam te cuda się działy. Ludzie unikali tego ojca, twierdzili, że ma związek ze złem do kościoła nie uczęszczał, to na to ludzie się oburzali, gdyż twierdzili, ze to obraza boga, a ksiądz milczał. Ten człowiek nie mógł tego znieść i wyjechał za Lwów i tam wszystko się uspokoiło, panna wyszła za mąż miała 2-ch synów, którzy odwiedzili Nienadówkę w latach 1922 i byli normalnymi ludźmi.
Do Nienadówki napływały różni ludzie. Mój pradziadek przybył z lubelskiego, a, że nie miał dzieci, tak adoptował mojego dziadka i tak napływali różni, aby zasilić brakujących robotników we dworze i plebani. Ja miałem dużo zapisków ale zabrał mi je literat Jan Bolesław Ożóg, a kiedy zapytałem go co z nimi zrobił, to odpowiedział mi, "Wszystko zniszczyłem, Nienadówki nie lubię". Widocznie dogryźli mu parafianie jak też i ksiądz Bukała bp mówił mi, "Jeżeli mam być takim księdzem jakich znam, to lepiej obrać sobie inną drogę" Ojciec jego miał zatargi z ks. i został zwolniony, bo za dużo wiedział i widział. Ja też miałem zatarg z ks. Bednarskim, bo mieszkałem koło gruntu plebańskiego i sadziłem koło drogi, która była wspólna z gruntami plebańskimi, a z drugiej strony ze mną i dwoma sąsiadami. Sprowadził komitet kościelny i powiedział, że bez zezwolenia jego i komitetu sadzę drzewa koło drogi, a ja odpowiedziałem, że woda płynąca koło drogi, podrywa drogę, a ja aby temu zapobiec sadzę drzewa i to uzgodniłem z sąsiadami. Komitet i sąsiady powiedziały, że dobrze robię i ksiądz nie ma racji, tak ksiądz się obraził bardzo i odjechał. Tak administratorowi, który zarządzał powiedział, aby mi ziemię plebańskiej nie wydzierżawiał. Wypowiedziano mi dzierżawę, ale ja tej ziemi nie pragnąłem, ale i swoją sprzedałem i wyjechałem, aby się usunąć z Nienadówki i nie przeszkadzać nikomu w ich działaniach.
Byli dobrzy ludzie we wsi, ale byli i tacy którzy niczem nie różnili się od hitlerowców. Kiedy miałem 18 lat to pewnej jesieni zebrało nas się 6-ciu i pośliśmy do znajomego kolegi, który był służącym u gospodarza Jakuba ....., a że był dzień dżdżysty tak ulokowaliśmy się u tego gospodarza w stodole i tam baraszkowaliśmy. Gospodarz ten powołał swego sąsiada, zamkli drzwi do stodoły i wypuszczali pojedynczo. Każdego bito niemiłosiernie do upadłego. Ja z drugim podnieśliśmy strzeszaki i umknęliśmy ze stodoły, ale Ci dwaj panowie tak obili tych dzieciaków, że jednego Wojciecha Ziemniaka zanieśliśmy do domu bo na nogach nie mógł ustać. Ten Ziemniak był sierotą i nie miał się kto nim zająć, a był też biedny i chorował rok z tego obicia, bo w nim coś odbito i zmarł. Jeden z tych oprawców rok wcześniej pochwycił na zrywaniu jabłek chłopca i tak go obił, że chłopakowi uszkodził jakiś nerw i biedak kulawiał do śmierci. Po obiciu chciano tego winnego podpalić ale do skutku nie doszło. Drogi Staszku, ja uważam, że takie sprawy nie powinniśmy wprowadzać do historii, ale może coś się znajdzie i aby nie urazić pokolenia nie wprowadzać do historii. Otóż proszę Cię spotkaj się z Tadkiem Ożogiem i uzgodnij to z nim czy nadaje się coś z tych moich wspomnień. Jeżeli Tobie nie będzie odpowiadać to nie pokazuj tego temu komitetowi, ale zostaw przy sobie. Posyłam Ci szkice, które robiłem z pamięci i to przeważnie dla Ciebie.

Franek


 Umiera w 2008 roku, sześć lat po swojej małżonce Zofii, z którą przeżył ponad 60 lat w małżeństwie. Swoje przemyślenia pozostawia w obszernych zapiskach poprzez lata 1958 - 1996 i te zapiski dzięki jego rodzinie możemy przedstawić na stronie, a jest to naprawdę ciekawe spojrzenie człowieka, który z uwagą opisywał sprawy rodzinne, jak i te państwowe. Czasem przekazuje swoje głębokie przemyślenia a czasem, i tu mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, naiwność i bezradność starszego schorowanego człowieka, który jest świadkiem jak wszystko co budował i o czym marzył w jego mniemaniu idzie na zatracenie. Jestem jednak pod wielkim wrażeniem trafnie wyciąganych wniosków na podstawie tego co się działo wokół Niego i jak wiele sprawdziło się jego przewidywań.

Franciszek Chorzępa, lubił i umiał pisać, we wcześniejszych latach były to wiersze, a później........ po prostu, proza życia. Pierwsze wspomnienia spisane w roku 1988, są jakby próbą przedstawienia historii Nienadówki na wzór J.B. Ożoga, jednak jest to tylko wstęp do opisu swojego życia, a przejść życiowych pana Franciszka, starczyłoby dla kilku osób. Kiedy czytałem te wspomnienia człowieka, który nie wahał się poświecić swojego życia i losu rodziny dla Polski, to bardzo sie cieszę, że mogę chociaż w ten sposób przybliżyć go młodszym pokoleniom Nienadówki. Wspomnienia

Dnia 1 września 1999 roku z okazji 60`tej rocznicy, pan Franciszek otrzymał list dziękczynny od władz woj. pomorskiego, za udział w walkach i pielęgnowaniu historii i tradycji w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród młodzieży. W roku 2001 prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski mianował szeregowego Franciszka Chorzępę do stopnia podporucznika Wojska Polskiego.




To tylko fragment wielostronicowego zeszytu, ja nie żałuję że przebrnąłem przez całość tego maszynopisu. Zapiski Franka Chorzępy ...Gdy nie masz siły to i Świat nie miły, tak ja już siły ani możności nie mam aby prowadzić takie życie jak miałem zaprogramowane w latach młodych. Wojna przerwała wszystkie a kiedy już podjąłem prace na ziemi to ukochałem tę dziedzinę. Rozwijałem tę gałąź i cieszyło mnie to przedsięwzięcie. Pobudowałem budynki z materiału swego wyrobu ziemia została doprowadzona do użytku. Dziś ziemia daje plony, ale to już koniec tej dobroci bo chwasty zwyciężają i ziemia na tym cierpi, a raczej rośliny uprawne. Budynki i inne urządzenia niszczeją a ja na to spoglądam boleśnie i nie mogę na to nic poradzić. Brak siły. Dzieci są innych myśli i po moich drogach nie chcą chodzić. Nie widzą jak pięknie rośnie zboże sad las i łąki. Jakie to jest pociągające. Nie czują i nie przeżywają jak pada deszcz i jak rośliny się ożywiają. Takie to wszystko pociągające. A te zwierzęta takie miłe i życzliwe ale kury, kaczki świnki? . Wszystko takie pociągające ale nie dla każdego. Ja tym się zachwyciłem i to mnie pociąga....


About | Privacy Policy | Cookie Policy | Sitemap
Copyright © Bogusław Stępień - 08/05/2013