O jeńcach obozu NKWD w Trzebusce wywożonych do lasu nienadowskiego, słyszałem po raz pierwszy na początku lat 90-tych. Kolega z Nienadówki opowiadał o pewnym panu z tej wsi, który
miał o tym mówić. Ale po wielkim szumie medialnym z lat przełomu 1989/1990, nie wydawało się być prawdopodobne by ktoś powiedział coś nowego – o czym nie wiedziałaby Komisja
Badania Zbrodni Hitlerowskich i Stalinowskich. Czy prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie działalności obozu NKWD w Trzebusce mogli pominąć taki ślad? Nie zbadać wiadomości
świadka wywózek jeńców do nienadowskiego lasu? Przecież ich apele do ludności by dzielili się wiadomościami o tragicznym roku 1944 i dziejach obozu z Trzebuski obiegły nie tylko
lokalne media ale i te ogólnokrajowe. Dziś wiemy, że prokuratorzy odwiedzali świadka i skrupulatnie roztrząsali ten ślad, ale...nigdy nie doszło w latach 90-tych do poszukiwań w
rejonie cypla nienadowskiego. Czy można było to zrobić ? Zapewne tak – o czym świadczy akcja ekshumacyjna w lesie turzańskim z 1990 r. Las nienadowski „odpuszczono” jednak
wówczas całkowicie. Być może powodem było to, że w lesie turzańskim byli ludzie którzy wskazywali miejsca gdzie powinny być groby i było wielu świadków którzy je tam widzieli. W
lesie nienadowskim nikt tego zrobić nie potrafił i nie potrafi. Wiele na to wskazuje, że o cyplu nienadowskim nie wiedzieli nawet żołnierze AK z tamtejszej, prężnie działającej
placówki – na kolonii nie mieszkał żaden z nich. Dlaczego więc warto ten ślad zbadać Swoistym „kustoszem” pamięci o wydarzeniach z 1944 r. w Nienadówce jest Franciszek Bełz.
Urodzony w tej miejscowości w 1932 r. w tragicznym roku miał 12 lat. Młody chłopiec wiele jednak zaobserwował, a to co widział zapamiętał po dziś dzień. W drugiej połowie lipca
1944 r. Sokołowszczyzna została wyzwolona z rąk hitlerowskiego okupanta. Radość wyzwolenia przysłoniło wszędobylstwo żołnierzy i oficerów radzieckich a zwłaszcza formacji która
mogła przynieść śmierć – NKWD.
Gdy w sierpniu tego roku przyszła wieść, że na pastwisku gromadzkim w Trzebusce powstał obóz NKWD, zagrożenie wydało się być jeszcze realniejsze. Dom Franciszka znajduje się na
uboczu głównej drogi przez wieś i sąsiaduje wraz z kilkoma innymi z pobliskim lasem. Pewnego wrześniowego wieczora, samochód wojskowy (miał przypominać on późniejszy dostawczy
samochód typu Lublin – przyp. O.P.) zjechał z głównego traktu i skierował się w stronę niewielkiego skupiska domów. Chłopiec zauważył pojazd z daleka i zaintrygowany wyszedł do
drogi. Gdy przejechał koło zabudowań gospodarskich i ruszył w stronę lasu, poszedł za nim. Nadwozie dużego pojazdu było zabudowane czymś co przypominało listewki czy cieniutkie
deseczki z dachem z blachy. Z tyłu samochodu były drzwi dwuskrzydłowe. Ponieważ dawniej drogi były nie utwardzone, wozy chłopskie wyżłobiły głębokie koleiny. Samochód jechał jedną
stroną wyżej a drugą z powodu koleiny niżej. Na skutek przechylenia jedne z drzwi się nagle samoczynnie otworzyły. Tuż przy samych drzwiach zobaczył żołnierza radzieckiego z
peemem. Po drugiej stronie zapewne siedział drugi bo widać było jego nogi. Na pace samochodu natomiast, Franciszek ujrzał powrzucanych jak snopy zboża ludzi w szarej bo
przybrudzonej bieliźnie. Nie zauważył by ktoś miał ubranie czy mundur – wszyscy byli w bieliźnie.
Chłopiec zaczął biec za samochodem, wtedy jednak sołdat go zauważył. Krzyknął coś i pogroził bronią. Wystraszony zatrzymał się i pojazd wkrótce zniknął za zakrętem wiodącym do
bliskiego już lasu. To nie był jedyny taki transport który jechał do tego lasu. Franciszek twierdzi że samochód jeździł i wcześniej i później raz a czasami nawet dwa razy w
tygodniu. Jak mówili miedzy sobą jego rodzice – wracał późną nocą. Siostra chłopca Waleria twierdziła, że jak był samochód, to słychać było później strzały.
Drugi świadek wydarzeń z 1944 r. Ludwik Kustra, jako chłopiec postanowił pójść śladami które pozostawił po sobie tajemniczy samochód i zobaczyć dokąd dojechał. Uszedłszy tym
tropem zagłębił się w las. W pewnym momencie w rejonie niewielkiej górki wyłoniła się sowiecka warta. „Pastoj, kuda idjosz?” usłyszał. A gdy chłopiec niezdecydowanie
przystanął żołnierz rzucił komendę – „Nazad!” No i trzeba było zawrócić. Według Kustry próbował jeszcze podejść dwa razy, ale sytuacja się powtarzała. Podobnie próbował
Franciszek Bełz. Prawdopodobnie warta była i w dzień i w noc.
Nadeszły chłodniejsze i bardziej mokre dni. Gdzieś pod koniec października 1944 r. miało miejsce inne ważne i niezwykłe wydarzenie. Otóż samochód z jeńcami dojechawszy do lasu
ugrzązł w rozlewisku tuż nad rzeczką. Eskorta nie była liczna. Według Bełza oprócz dwóch żołnierzy siedzących z tyłu samochodu, stanowili ją jeszcze kierowca i siedzący obok niego
żołnierz – prawdopodobnie oficer NKWD. Próbowali oni sami wypchnąć pojazd, ale im się to w trzech nie udało. Wtedy podjęli ryzykowną decyzję. Jeńców wyprowadzono z samochodu.
Mieszkający blisko lasu gospodarz – Józef Kustra widząc to całe zamieszanie zbliżył się nieco i chowając za drzewo obserwował co będzie dalej. Część jeńców wyprowadzono z
samochodu by pomogli żołnierzom wypchnąć pojazd z grzęzawiska.
Według Ludwika Kustry było ich 7. Wszyscy mieli ręce skrępowane przed sobą na krzyż drutem. W zaistniałej sytuacji eskorta zdjęła im więzy. Gdy rozpoczęto wypychać samochód, jeden
z jeńców błyskawicznie odskoczył od niego i wpadłszy w pobliskie zarośla i chaszcze zaczął uciekać. Ponieważ wzdłuż drogi było ich wiele i były dosłownie tuż obok, więzień szybko
zniknął sołdatom z oczu. Nie zdążyli zareagować skutecznie. Oddany strzał – strzały, były bardziej na postrach dla pozostałych jeńców. Józef Kustra nie ryzykował jednak dalszej
obserwacji i schronił się w domu.
Czy uciekł jeszcze ktoś ? Nie można tego wykluczyć, że nie uciekł jeszcze i drugi jeniec ale pewności tu nie ma. Co było dalej ? Można się domyśleć, że eskorta opanowawszy
sytuację lepiej zabezpieczyła boki a po skrępowaniu i załadowaniu ludzi na pakę pojazdu, udali się w stronę tragicznego cypla leśnego bądź też rozpoczęli krótkie poszukiwania.
Tego samego dnia późnym wieczorem do domu Bełzów przyszli Rosjanie. Jeden wszedł do środka. Ubrany w mundur Rosjanin wyposażony był w raportówkę i pistolet w kaburze. Zapewne był
to oficer który nadzorował transport jeńców podczas wywózki do lasu. „Przyjdzie wojsko na kwaterę” – poinformował. Zaczął rozglądać się po domownikach i pomieszczeniu.
„Kuda gospodarz?” – rzucił. Ojciec Franciszka leżał w izbie chory. Przyglądając się podszedł nagle do łóżka i ku zdumieniu gospodarza ściągnął z niego pierzynę. Chwilę
później bez słowa, wyraźnie rozzłoszczony opuścił dom udając się zapewne do pozostałych kilku domów nienadowskiej „kolonii”.
Gdy nazajutrz gospodarze po sąsiedzku wymienili spostrzeżenia, wszystko stało się zrozumiałe. Rosjanin przeszukiwał okoliczne domy w poszukiwaniu zbiega. ściągnął pierzynę z
chorego po to by się upewnić, że pod nią nie zobaczy ubłoconych nóg bądź szarej bielizny. Oczywiście zapowiadani żołnierze na kwaterę nie przybyli bo to była zwykła wymówka.
Zbiega zapewne nie znaleziono. Oczywiście oficer nadzorujący transport poniósłby za tą ucieczkę poważne konsekwencje, ale zapewne „dogadał się” ze swymi ludźmi by o tym
zdarzeniu nic nie mówili przełożonym. O tym, że tego nie zrobił gospodarze ze wsi mógą być spokojny. A kto miał sprawdzać czy w leśnym grobie statystyka ciał się zgadza ?
Tereny tzw. nienadowskiego cypla wyglądają dziś inaczej jak w czasie II wojny światowej. Las się zmienił – zwłaszcza ten po państwowej stronie gdzie grube drzewo zostało wycięte i
dziś rośnie młody las. Gdzie są domniemane groby ? Czy w lesie chłopskim czy państwowym ? Nieżyjący już Jan Ożóg twierdził że idąc do swego lasu widział na chłopskich działkach
leśnych po drodze miejsca „ruszone” – ziemia miała tam być inna, miększa. Miało to być na wyżynach leśnych. Tam zapewne ziemia lepiej nadawała się do maskowania. Ożóg
twierdził jednak, że te podejrzane miejsca były świetnie zamaskowane, człowiek nie znający tego lasu by ich nie zauważył. Według Franciszka Bełza maskowanie dokonywali
„fachowcy”, którzy miejsce pochówku mieli zawczasu przygotowane.
Kto mógł to robić ? Kilka domów od jego rodzinnego gospodarstwa u Kubasów kwaterowało wówczas 4 funkcjonariuszy NKWD – w tym oficer zapewne bo był to żołnierz z raportówką.
Kubasowa była już w podeszłym wieku bo po 70-tce, do tego opiekowała się dwoma głuchoniemymi dziećmi. NKWD zapewne w tej sytuacji uznało tą kwaterę za najlepszą. Całymi dniami
funkcjonariusze ci przebywali w lesie. Co przez tyle czasu robili ? Bełz jest dziś niemal pewien, że przygotowywali oni groby dla tych nieszczęśników przywożonych samochodem.
Potem też zapewne groby maskowali, pilnowali. Wspomnianą czwórkę regularnie odwiedzał oficer NKWD, który przyjeżdżał do nich terenowym willysem. Zapewne przywoził im dalsze
instrukcje i rozkazy. Znając trudności z odnalezieniem zamaskowanych grobów w lesie turzańskim, nie dziwi mnie to, że wielu właścicieli działek leśnych w rejonie cypla może
powątpiewać w istnienie grobów. To jednak nie znaczy, że ich tam nie ma. Czy jest możliwe odnalezienie grobów w lesie nienadowskim ? Zapewne tak. W czerwcu 2008 r. podjął już
próbę poszukiwawczń wraz ze swą ekipą Adam Sikorski z TV. Lublin; autor poważanego powszechnie programu w regionalnej trójce "„Było nie minęło”. Przy wyjątkowo nie sprzyjającej
pogodzie, przy złośliwości rzeczy martwych (padła bateria w geo-radarze – przyp. O.P.), udało się odnaleźć m.in. kilka łusek na stopniowo niewielkim obszarze. Odpowiadają one tym
stosowanym przez NKWD. Ekipa Sikorskiego zapowiedziała ponowny przyjazd na który z niecierpliwością czekamy. Wszak w grudniu 2008 r. penetrowaliśmy też i las turzański – tam też
poszukiwania będą kontynuowane. Michał Kalisz z rzeszowskiego IPN który odpowiada za procedury formalne poszukiwań, informował mnie niedawno o możliwości wszczęcia tych prac późną
jesienią tego roku. Póki co winniśmy wdzięczność świadkom wydarzeń sprzed lat takim jak pan Franciszek Bełz za to, że uporczywie przypomina następnym pokoleniom o
tragicznej przeszłości. Oby jego marzenie o odnalezieniu grobów pomordowanych i ich godnym pochówku ziściło się jak najszybciej.
|